poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Wszystko, czego można dowiedzieć się o Nagoyi w pięć dni

Ten wpis będzie chyba ostatnią archeologią, chociaż zobaczymy, jak mi dalej pójdzie. Zaznaczę tylko na początku, że Nagoyę odwiedziłam na przełomie grudnia i stycznia (przypominam: zaraz będzie maj), a później nie poruszajmy tematu terminowości wpisów i mojej motywacji. Pogoda podczas wyjazdu była bardzo dobra i właściwie ta zimowa pora nie wpłynęłaby jakoś specjalnie na relację, gdyby nie jeden szczegół: był to okres około noworoczny. W Japonii. Japończycy zasadniczo nie robią sobie dużo wolnego w roku. No, pomijam urzędników i państwowe uniwersytety :) Muzea może i są zamknięte (jak w wielu innych krajach) w poniedziałki, ale poza tym można spokojnie zwiedzać…

Atrakcje prosto z wnętrza zamku Nagoya
Chyba że jest Nowy Rok (albo Obon, Święto Zmarłych). Okres od około 29 grudnia do 2 stycznia to trochę martwa strefa. A mimo to postanowiłyśmy z Madą, że czas na wycieczkę w nowe miejsce. Padło na Nagoyę. Nie wiem dlaczego, serio. Nie oznacza to, że mam coś przeciwko Nagoyi, ale do dziś nie potrafię stwierdzić, czemu akurat tam pojechałyśmy. Co prawda byłam wtedy w ostrej fazie fascynacji Odą Nobunagą (dobra, nadal jestem, bo dramy zniszczyły mi życie), a on się w Nagoyi urodził, ale nie to przeważyło (oprócz muru przy świątyni Atsuta Jingū i jednej świątynki skitranej między pasażami handlowymi w mieście mało było faktycznych pozostałości po Odzie, a przynajmniej ja do innych nie dotarłam). Tak więc – bez wyraźnego powodu – wylądowałyśmy na tydzień w Nagoyi i powiem Wam, że siedem dni (odliczając jeden na wypad do oddalonej o dwie godziny pociągiem Ise Jingū i jeden w onsenie) w zupełności wystarczy, żeby zobaczyć WSZYSTKO w okolicy. A właściwie prawie wszystko, bo mam jedno kokoro nokori: nie zwiedziłyśmy fabryki Toyoty (Toyota to miasto pod Nagoyą, ale miasto powstałe wokół fabryki właśnie), którą zamknęli dla zwiedzających dokładnie w dzień naszego przyjazdu (na okres noworoczny). Co oznacza, że muszę tam jeszcze wrócić, bo ta fabryka...

Spoko roboty i spoko blogerka
Widziałyśmy za to muzeum Toyoty, bo jeszcze się nie zamknęło na święta (właściwie o włos, skierowałyśmy się tam prosto po pierwszym spotkaniu na dworcu). W środku zobaczyłyśmy spoko roboty, ale poza tym w większości rozmaite maszyny tkackie (kto wie, że Toyota zaczynała jako warsztat tkacki i założyciel wcale nie nazywał się Toyota, tylko TOYODA? Zresztą, obecnym prezesem też jest pan Toyoda, jak to w firmie z tradycjami). No, jeszcze kilka samochodów i robot symulujący montaż auta w fabryce (może żeby mi nie było przykro, że prawdziwej nie zwiedzę). No i gwóźdź programu: KitKaty o smaku tostów z pastą z czerwonej fasoli jako omiyage w sklepie z pamiątkami! Tosty z czerwoną fasolą to najwyraźniej specjał z Nagoyi, choć nie mam pojęcia, jak smakują, bo nie zdecydowałam się na takie śniadanko ani razu. Jestem natomiast prawie pewna, że nie mogą smakować tak, jak ten KitKat.

Ōsu Kannon na tle idealnej pogody
Drugiego dnia postawiłyśmy na odleglejszą historię (mniej lub bardziej rekonstruowaną), odwiedzając świątynię Ōsu Kannon (gdzie trafiłyśmy na targ staroci i można było kupić na przykład stare erohony, czyli – uwaga, będzie retro – „świerszczyki”), zamek Nagoya i wspomnianą wyżej Atsuta Jingū. Zamek jest prawdopodobnie największą atrakcją miasta, chociaż zbyt mocno przypominał mi swojego osaczańskiego kolegę. Czytaj: beton. Czytaj: windy w środku. Czyli: z zewnątrz spoko (chociaż nie mogłam zrobić ładnego zdjęcia przez stojący obok dźwig budowlany), w środku trochę „WUT?”. Atsuta Jingū zaś, jak przystało na miejsce święte (mówią, że drugie najświętsze po Ise Jingū i że jest tam przechowywany miecz Kusanagi no mitsurugi, będący jednym z trzech regaliów cesarskich... Chociaż to też chyba replika, bo prawdziwy poszedł na dno morza wraz z jednym z cesarzy w XII wieku – historia jest trudna), była pozamykana i dopuszczała zwiedzających tylko do pewnego miejsca.

W Naikū ludzi mało jak wszędzie w Japonii
Skoro już jesteśmy przy miejscach świętych pozamykanych dla turystów: następnego dnia wybrałyśmy się do Ise Jingū, czyli the best of the best shintōizmu. Chram w Ise poświęcony jest bogini Amaterasu, szefowej wszystkich szefów w japońskim panteonie. W środku ponoć złożone jest lustro Yata no kagami, ze wspomnianego zestawu trzech regaliów, no ale nie żeby ktoś „zwykły” je widział. „Zwykli” pielgrzymi dopuszczani są tylko do pewnego momentu (nazwałabym to bramko – murem) i tam mogą się modlić i składać ofiary, które – przynajmniej w okresie noworocznym, czego jestem naocznym świadkiem – potrafią przybierać formę nawet banknotu jednomanowego (10 tysięcy jenów, czyli ok. 330 zł) wrzuconego do skrzyni na wota (tradycyjnie wrzuca się tam symboliczne 5 jenów). I tak w obydwu świątyniach, ponieważ chram Ise dzieli się na Świątynie Zewnętrzną (Gekū) i ważniejszą Świątynię Wewnętrzną (Naikū), oddalone od siebie o jakieś, o ile pamiętam, 4 kilometry (i z niebotycznie drogim autobusem krążącym pomiędzy; biznes to biznes). No i ostatni szczegół: Ise Jingū jest zawsze nowa, ponieważ – zgodnie z wiekową tradycją – odbudowuje się ją od zera co 20 lat, zmieniając nieco położenie. Tak więc: historyczna atmosfera: zero, wszystko nowe, drewno jaśniutkie (ostatnia odbudowa: 2013 rok). Nie zrozumcie mnie źle: i tak warto to wszystko zobaczyć. Ale trzeba przygotować się psychicznie i nie snuć zbytnio fantazji.

Nagoya nocą ładna, jak to wielkie miasto
No i na tym mniej więcej skończyły się nam główne atrakcje Nagoyi i okolic. Oczywiście, widziałyśmy jeszcze kilka świątyń, przeszłyśmy centrum wzdłuż i wszerz (natykając się na tymczasową kawiarnię z motywem Gudetama, do której nie weszłam przez kolejkę, ale do tej pory mam plakat na ścianie), wjechałyśmy też na jeden z najwyższych budynków w mieście, by stamtąd podziwiać nocną panoramę (było to dość traumatyczne przeżycie przez odkryty dach i niepokojącą architekturę kładki widokowej, dającą wrażenie, że zaraz zlecisz). Ba, świętowałyśmy nawet samego Sylwestra w jednej z knajp (gdzie o północy byłyśmy już tylko my dwie, kelner i jego dziewczyna, z którymi wymieniliśmy się życzeniami, oraz jakiś pan o najwyraźniej złamanym życiu = noc sylwestrowa w Japonii). Ale od tego Sylwestra zdecydowanie lepszy był pierwszy dzień nowego roku, który przesiedziałyśmy zanurzone w działającym mimo wszystko pobliskim onsenie (rotenburō pierwszego stycznia, nie podejrzewałam się o to), do którego dojeżdżało się… Podniebnym autobusem (autobus poruszał się po „torach” na wiadukcie ciągnącym się nad miastem).  Może to wina tego terminu, ale nie wydaje mi się, że mam zbytnio po co wracać na dłużej do stolicy prefektury Aichi (no, poza tą Toyotą, ale to nawet nie Nagoya). Co nie znaczy, że żałuję tej wycieczki, bo zobaczyłam przyjemne miasto. No i ten Nobunaga :P 

次回:Szybki powrót do teraźniejszości, czyli wiosenne wakacje na Shikoku (część BYĆ MOŻE pierwsza z dwóch).

wtorek, 5 kwietnia 2016

Last month / 3月

Tym razem mniej jedzenia (jak przystało na dziecko swoich czasów fotografuję niemal wszystko, co jem, ale wstawianie tego na bloga byłoby już chyba przesadą) a więcej spoilerów co do treści kolejnych wpisów :)

W marcu (korzystając z ponad miesięcznej przerwy wiosennej) ruszyłam w podróż. Najpierw samotną i sentymentalną: do Hakone i Tokio. Na dole widać główną stację  JR w Osace. Na górze pośrodku: nocna i deszczowa Tokio Tower fotografowana z Roppongi Hills (na żywo było dużo piękniej, ale żaden mój aparat nie radzi sobie z nocnymi zdjęciami). Kawa jako stały element podróży - tania z konbini (w uroczym kubku), lub mniej tania z sieciówki (z kilkoma miłymi słowami).

Powrót na stare śmieci! W Fujiya nadal podają świetne desery, Japończycy niezmiennie używają dziwnych aplikacji w telefonach, karpie w hotelowym stawie wciąż grube i żarłoczne, a ja nadal wyrastam ponad poziom (tylko fizycznie, za to o jakieś 10 cm; koleżanka z Polski obecnie będąca na stażu wpasowuje się dużo zgrabniej). 

W trójkę na podbój Shikoku! Ale najpierw do najstarszego w Japonii onsenu. I na ramen z masłem :D

Bawimy się w cosplay w japońskich zamkach.

Lokalne wycieczki. Wyprawa do Osaki ZASADNICZO NA ZAKUPY, ale przy okazji też do muzeum. Plus dworzec wspomniany kilkanaście linijek wyżej, tym razem z góry. Oraz to, co piję i  co czytam.

Osaka Museum of Housing and Living (spisuję angielską nazwę z ulotki), czyli ostatnie darmowe wejście w tym semestrze, zanim wejściówki z uczelni straciły ważność. Fajne muzeum, tylko za dużo zwiedzających (10 minut po otwarciu pełne już było głośnych Chińczyków).

Treat yourself, czyli prezenty ode mnie dla mnie ;) Najpierw Gintoki - Momotarō z Okayamy, potem zielonoherbaciane maseczki z Hello Kitty (jak najbardziej osaczańskie), a na koniec znów mały biały kotek, tym razem z Naruto (trzyma w łapkach wir).

Trochę inne podejście do jedzenia: gigantyczny burger (10 warstw) w jednym z japońskich fast foodów, oraz jedzenie ofiarowane Buddzie w jednej ze świątyni na Shikoku (zauważcie, że ofiarujący w części już je otworzyli, żeby Budda się nie męczył).

Kwiaty wiśni pojawiają się w jedzeniu jakiś miesiąc wcześniej niż na drzewach. Sakurowej posypki na frytki w macu nie polecam, napój ujdzie (pamiętam go sprzed dwóch lat). Pepsi smakuje w miarę jak Pepsi, tylko trochę dziwniejsze (jakiś posmak się błąka). W sakura latte ze Starba pływają flufle z truskawek, jak ktoś lubi to zachęcam, ale mnie przypominało trochę rozbebłane truskawki z kompotu. Sakurowe lody bardzo na propsie, zawierają nawet fragmenty liści z drzewa :)

Nasze programy zajęć na semestr wiosenny także w sakurowych klimatach: różowe jak moja przyszłość (powrót na zajęcia 7 kwietnia)! Pod spodem najlepsza hotelowa ulotka po angielsku, jaką widziałam w życiu (przepraszam za niewyraźność, to może być wina mojego trzęsienia się ze śmiechu podczas fotografowania).

To, co jeszcze pojawi się na blogu: sumo i wirujące Naruto.

piątek, 1 kwietnia 2016

Tak fajnym facetem i ja chciałabym zostać, czyli Takarazuka Revue!

Dzisiejszy wpis zacznę od ostrzeżenia: Takarazuka to szeroki temat, a ja zetknęłam się zaledwie z ułamkiem tego świata. Prawdopodobnie istnieją już tysiące takich „wprowadzających” opisów i mój wcale nie będzie najlepszy. Ale cóż, w tym zakątku internetu blogerka jest jedna i to jej opinia (podkreślam: tylko opinia) zostanie tutaj przedstawiona :) 

Źródło mojej wiedzy na tle dresów, żeby nie było już tak słodko
Zacznijmy więc od małego wprowadzenia dla tych, którzy z hasłem „Takarazuka” spotykają się po raz pierwszy. A więc: po pierwsze to nazwa geograficzna. Takarazuka to miasto pod Osaką, dość łatwo tam dojechać z naszego kampusu linią kolejową Hankyū. Ale nie zwykłe miasto, ponieważ swoją siedzibę ma tam Takarazuka Revue, czyli przedmiot dzisiejszego wpisu. W skrócie: teatr, w którym grają same babki. Wszystkie role, męskie też.  A właściwie cały szkopuł polega na tym, że role mężczyzn grają kobiety i są przy tym piękne (to znaczy przystojne), dobre i w ogóle, każda z nas chciałaby z takim (taką…? Serio, w pewnym momencie człowiek traci… e… orientację) randkować. Takie odwrócone kabuki, tyle że jeszcze więcej śpiewają (Takarazuka wystawia praktycznie same musicale, a do tego zwykle po właściwym przedstawieniu jest jeszcze krótsza lub dłuższa rewia, gdzie w ogóle już tylko taniec i śpiew) i wszystko jest w stylu zachodnim (sztuki też często z Zachodu, choć sięgają także po historie z mang, a nawet dzieła w stylu „Genji monogatari”). Choć sama myślałam, że to powojenny wynalazek, okazuje się, że już kilka lat temu obchodzili setną rocznicę powstania. Aktorki przed rozpoczęciem mniej lub bardziej oszałamiającej kariery przez dwa lata uczą się w specjalnej szkole, gdzie zostaje im przydzielona na stałe rola mężczyzny (otokoyaku) lub kobiety (musumeyaku), co oznacza, że od tej pory będą grały już tylko tę jedną płeć… A PRZYNAJMNIEJ TAK MYŚLAŁAM, bo okazuje się, że są wyjątki i na przykład otokoyaku może zagrać rolę kobiety, jeżeli jest to jakaś silna i energiczna babka, w którą eteryczna musumeyaku nie dałaby rady się wcielić. Czyli nic nie jest z góry przesądzone i internet kłamie.

Wnętrze teatru. Więcej w ostatnim Last Month
Podsumowując: instytucja to na tyle niezwykła, że narosło wokół niej wiele legend, ale z góry zaznaczam, że NIE MAM POJĘCIA, co jest prawdą, a co nie (patrz wyżej: naprawdę myślałam, że trwają przy jednej odgrywanej płci). Aż tak w tym nie siedzę. Przeczytałam za to pożyczoną od koleżanki książkę, traktującą o życiu codziennym fanek Takarazuki (gdyż głównie są to kobiety, nie ma co ukrywać; kolejka do toalety w tym teatrze prawie mnie zabiła) i jestem na pół przerażona, a na pół zafascynowana. Postaram się więc połączyć tę wiedzę z nikłym doświadczeniem, na które składają się dwa obejrzane spektakle: jeden z biletem z uczelni, drugi już za własne pieniądze i dlatego kupowany od rana w dniu przedstawienia, bo taniej (tzw. 当日B to coś w stylu „biletów na teraz”, na dodatek na ostatni rząd najbardziej oddalonej od sceny strefy; takie biedabilety, ale na szczęście widownia w Takarazuce zrobiona jest bardzo dobrze i wszystko widać nawet z takiej odległości, tylko małe). Tu mała dygresja: widzielibyście tę kolejkę. Ustawiłyśmy się godzinę przed otwarciem kas, ale czoło peletonu stanowili ludzie w śpiworach i na krzesełkach rybackich z termosami. A to nie było jakieś specjalne przedstawienie dla wybranych.

Widok z 当日B
Udało mi się więc zobaczyć sztukę traktującą o życiu Szekspira (chociaż nie wiem, co by prawdziwy Szekspir na to powiedział) połączone z rewią o chwytliwym tytule „Hot Eyes”, oraz przedstawienie oparte na mandze „Rurōni Kenshin”, którą wiele osób zna i kocha. Po niej nie było jakiejś wielkiej rewii, ale tradycyjnie wszystkie występujące wcześniej aktorki coś tam potańczyły, a na koniec wyszły się ukłonić (te grające najważniejsze  role miały wtedy na plecach wielkie, pierzaste skrzydło-ogony, tym większe, im ważniejsza postać; z tego co wiem zawsze tak się kończy).

Podobało mi się zdecydowanie bardziej, niż się spodziewałam. Po pierwsze: nie przepadam za musicalami. Po drugie, nie byłam przekonana co do tych kobiet grających facetów. A jednak, wygląda to wszystko dobrze. To znaczy jest przesadzone, oczywiście. Na koniec wrzucę link do oficjalnego konta Takarazuki na Youtube i polecam serdecznie pooglądać te wszystkie pióra, cekiny (mój ulubiony element, bo ze strefy B postać w kostiumie z cekinami wygląda jak kula na dyskotece :) ) i srebrne makijaże. Ale taka jest koncepcja: jesteśmy w bajce. Kiedy się to kupi, reszta to już sama przyjemność, bo w większości aktorki śpiewają i tańczą świetnie (nie, żebym była ekspertką), muzyka jest przyjemna (orkiestra na żywo!) i japoński też zdecydowanie łatwiejszy w odbiorze niż na kabuki. Oczywiście, były tez osoby, które „wdepnęły” w temat dużo bardziej niż ja i teraz są częstymi gośćmi na przedstawieniach (dlatego też tym mniej czuję się kompetentna w temacie, ale mój blog moje małpy), ramię w ramię z szalonymi Japonkami. No dobra, szalonym Japonkom nikt nie dorówna. Dlaczego?

Przykładowe gazety TYLKO o Takarazuce
Ponieważ fandom Takarazuki to jakiś odjazd, w dobrym i złym sensie. Dobrym, bo teatr to zawsze teatr, całkiem niezłe hobby. Złym, bo przeginają. Z uwielbieniem dla swoich 贔屓 (hiiki, słowo określające ulubieńca, którego nauczyłam się dopiero z tej uroczej książeczki), a może właściwie z okazywaniem tego uwielbienia. Przeraziły mnie trochę  opowieści o 遠征 (ensei, dosł. „ekspedycja, trasa (koncertowa)”), czyli wyjazdach do innego miasta (Takarazuka oprócz głównej siedziby ma jeszcze teatr w Tokio, okazyjnie daje też występy w innych miejscach) tylko po to, żeby zobaczyć przedstawienie. No, zrozumiałabym jeszcze, gdyby to było jedyne takie przedstawienie w historii Japonii. Na dekadę. W roku. Ale (cała moja wiedza jest zaczerpnięta z książki i Instagrama, ale w ten sposób opiera się na zeznaniach samych zainteresowanych, więc mogę sobie pisać) fanki oglądają kilka razy TĘ SAMĄ sztukę. Ba, kilka. Moje ulubione wyznanie należało do pani w średnim wieku, która na Takarazukę chodzi średnio 210 razy w roku. Przypominam, że zwykle rok ma 365 dni. Do the maths. ILE TO JEST KASY?! Plus wszystkie możliwe pamiątki, płyty DVD, słodycze (nowe serie ciastek na każde przedstawienie; sklep wewnątrz teatru, ale nie można robić zdjęć, sorry), teczki, kubki,  gazety (oczywiście, że są specjalne gazety o Takarazuce; w sklepie można też kupić wszystkie inne tytuły, które w tym momencie publikują coś o jakiejś aktorce i te artykuły są zaznaczone na egzemplarzu wystawowym), zdjęcia… Oczywiście, zakładam że do takich ekstremów dochodzą tylko fanki (i fani, jacyś tam faceci ponoć też są), które na to stać. No i jest to tylko jakiś ułamek całości, pewnie  nie aż tak duży (z drugiej strony, "ekspedycje” i przygotowywanie się na fanowskie spotkanie z idolką niczym na ważną randkę były przedstawione w książce jako normalka).

Do pewnego stopnia to rozumiem. Aktorki Takarazuki (mówię tu o otokoyaku, bo to one cieszą się większą sympatią i ogólnie, i u mnie) są cool. Wysokie (to znaczy jak na Japonki, a podczas sztuk i tak noszą obcasy), szczupłe, z zadziornymi krótkimi fryzurami (no ale ja osobiście takie lubię, więc może nie jestem obiektywna), zachowujące się trochę po męsku, a może po prostu z mocnym charakterem (chociażby wyuczonym do roli, nie pytałam). Trochę nie z tego świata (ponoć nigdzie nie wolno podawać, ile mają lat, przynajmniej aż do zakończenia kariery). Co prawda kiedy zmyją ten szalony, teatralny makijaż przestaję widzieć w nich granych mężczyzn (myślę, że osoby nieprzyzwyczajone do mangowej wersji męskiego piękna nigdy by ich tam nie dostrzegły), nadal za to widzę fajną babkę, z której trochę by się chciało wziąć przykład.

To znaczy śpiewać nigdy się nie nauczę. Ale na przedstawienie pójdę jeszcze przynajmniej raz.

Obiecany link do Takarazuki plus mały trailer tej sztuki o Szekspirze – gdybyście nie wiedzieli, na który filmik się zdecydować. Myślę, że dobrze pokazuje, jakie to show.

次回:Last month, ale po nim zabiorę Was na chwilę do Nagoyi, gdzie szukałam śladów Ody Nobunagi i… czegokolwiek, co można by zwiedzić w okresie noworocznym!