środa, 31 grudnia 2014

Buszujący w zbożu - Asuka

Opisanie wizyty w Asuce nie powinno zając mi wiele czasu, zakładając, że pominę malownicze opisy traw i naszego błądzenia wśród pól i łąk. Poza nimi bowiem… Niewiele tam było.

Szczęśliwa, że doczłapałyśmy się do Asukadery.
Asuka to miejscowość o bardzo długiej historii. Siedziba pierwszych (takich naprawdę pierwszych-pierwszych) władców państwa, które później stało się Japonią. Można uznać ją za stolicę, ale należy uważać, żeby nie rąbnąć się tak jak ja na egzaminie z historii, bo pierwszą stałą stolicą była jednak Nara (co niby wiedziałam, ale zawsze byłam przekombinowana). W każdym razie po dziś dzień (choć oczywiście w znacznie zmienionej względem pierwowzoru formie) stoi tam Asukadera, uważana za najstarszą świątynię buddyjską w Japonii. A w niej nasz kolejny znajomy, Asuka Daibutsu. Dla tego kompletu postanowiłyśmy wybrać się jednak na wieś.

A wieś to była konkretna. W Internetach czytam, że rozbudowa współczesnej Asuki jest problematyczna w związku z faktem, że praktycznie cały teren to jedno wielkie wykopalisko i pomnik historii, którego nie można naruszać. Może dlatego miejscowość sprawiała wrażenie bardzo… Zastanej. Ot, stacja kolejowa, jakieś centrum (McDonald’s był) i wokół pooola, łąąąąki, góóóóóry, laaaaasy. I my w środku tego, w trzydziestopięciostopniowym upale przemierzające teren w poszukiwaniu kolejno: świątyni Kashihara, grobowca Ishibutai i właśnie owej Asukadery.

Jinja jak jinja.
Kashihara Jinja była ciekawa o tyle, o ile poświęcona jest pierwszemu, na wpół legendarnemu cesarzowi Japonii – Jimmu. Ponoć Jimmu kiedyś z tego miejsca władał. Informacja równie pewna jak wszystkie dotyczące tego władcy z VII wieku p.n.e. Sama świątynia została wzniesiona w… XIX wieku, czyli dokładnie wtedy, kiedy Japonia rosła w siłę i próbowała w historii (nieraz grubymi nićmi szytej) odnaleźć dowody na swoją wyjątkowość i prawo do panowania nad innymi. Jimmu, jako domniemany potomek bogini Amaterasu (najwyższe bóstwo shintōistycznego panteonu) nadawał się do tego chyba całkiem nieźle. 

Grób z rozmachem.
Potem nastąpił długi (dłuuuugi) marsz w kierunku grobowca Ishibutai, czyli domniemanego miejsca pochówku Soga no Umako, głowy rodu – niespodzianka – Soga. Ród Soga był jak Fujiwarowie, tyle że wcześniej (bardzo wpływowy i bardzo umiejętnie wykorzystujący swoje wpływy do przejmowania realnych rządów w państwie). Skończyło się to dla nich dość tragicznie w 645 roku, kiedy to ich zapędy zostały… ukrócone o głowę (dosłownie, poczytajcie o Soga no Iruka). Umako tego – na szczęście dla siebie – nie doczekał, za to jego grobowiec stoi po dziś dzień. Można wejść do środka, bo już nic tam nie ma. Ale jest przyjemnie chłodno.

Fun fact: ma trochę nietypowe rysy jak na Buddę, co?
Asukadera była wisienką na torcie, ostatnią stacją długiej, pieszej pielgrzymki. Choć raczej niepozorna (ot, kilka budyneczków, nie mogłyśmy jej początkowo wypatrzyć!) kryje w sobie tę piękną figurę Buddy. Najstarszą figurę Buddy w Japonii, dodam. Choć to daibutsu, ma „zaledwie” niecałe trzy metry, ale i tak robi wrażenie, kiedy się usiądzie przed nim i posłucha – swoją drogą bardzo fajnego i wygłoszonego językiem zrozumiałym nawet dla gaijinów, którym wiele brakuje do płynności w japońskim – mini wykładu pracującego w świątyni mnicha. Z Asuki wyjechałam więc ze świadomością, że czegoś się nauczyłam.

A więc dotarłyśmy do najstarszych z najstarszych miejsc. Więc dobra, dosyć już tego zwiedzania, widziałyśmy dość, czas wracać do Polski…

… nie powiedziała ani razu żadna z nas.

wtorek, 30 grudnia 2014

Coraz głębiej ku początkom Japonii - Nara



Zdjęcia z Nary jak pocztówki. Tōdaiji.
Nara, pierwsza stała stolica Japonii (pełniąca tę rolę w VIII wieku n.e., potem już Heian-Kioto) stała się miejscem naszego noclegu pomiędzy 12 a 13 września. Kaszi znalazła nam bardzo ładny hostel nieopodal parku Nara (ale jednocześnie nie na tyle blisko, żeby pod oknem łaziły jelenie), dostałyśmy na spółę z Madą i Agą czteroosobowy pokój z własną łazienką (należy swoje przeżyć w podróży i akademiku, żeby docenić komfort oddzielnej łazienki), a miły pan w typie współczesnego samuraja (przydługie włosy związane w mini kiteczkę i zarost, ilu ja takich widziałam!) wniósł nam bagaże na piętro. Na dodatek niedaleko było Gasto (ガスト, jedna z licznych sieciowych restauracji nazywanych zbiorczo family resturant). Naprawdę dobrze trafiłyśmy.

Na Narę przeznaczyłyśmy jeden dzień, co nie dawało zbytniego pola do popisu, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że na Asukę następnego dnia miałyśmy tyle samo, choć w porównaniu z Narą serio NIC TAM NIE MA. Spięłyśmy się więc i po powierzeniu naszych bagaży (ważne słowo: azukari / 預かり- oddawanie bagaży na przechowanie; miałam z tym do czynienia co dzień zarówno jako hotelarz, jak i jako turysta) ruszyłyśmy z kopyta zwiedzać. Oczywiście na pierwszy ogień musiało iść Tōdaiji.

Budda jest lepszy w mudrach.
Tōdaiji to kompleks świątynny, w którym znajduje się drugi (a właściwie pierwszy, bo starszy) obok tego z Kamakury słynny Daibutsu, Wielki Budda. Od kamakurskiego na pierwszy rzut oka laika różni się tym, że siedzi sobie pod dachem, w pawilonie będącym największą drewnianą budowlą świata (trzeba przy tym pamiętać, że dzisiejsza wersja to ponoć jakieś 2/3 wielkości oryginału) i jest naprawdę WIELKI (ok. 16 metrów). Naokoło oczywiście mnóstwo turystów, w tym naszych ulubionych Chińczyków, próbujących przecisnąć się przez mały otwór w jednej z kolumn pawilonu, by – w myśl legendy – doznać oświecenia. Chyba się nie udało.

Po prostu Pindola.
Daibutsu przygniata swoim ogromem (cesarz Shōmu, który zainspirował wzniesienie posągu ostro nadszarpnął tym budżet państwa – że tez kiedyś wiarze takie dille się opłacały…), ale nasz ulubieniec z Tōdaiji siedział sobie cichutko po lewej stronie od wyjścia…
Kasz: O kurde, obczaj tę rzeźbę, kto to jest?
Julita <przeczytawszy podpis>:
Kasz: No?
Julita: E… Pindola.

Cóż dalej w Narze? Kasuga Taisha, czyli świątynia dawnego arystokratycznego rodu Fujiwara (w ich przypadku to niewystarczające określenie, Fujiwarowie naprawdę umieli się w życiu ustawić i robili to przez dekady), z kapłankami miko chodzącymi z imponującymi kwiatami przyczepionymi do… czoła (to moje najwyraźniejsze wspomnienie związane z tym miejscem). Niespodzianka, obecność w Narze wszędobylskich, żarłocznych i śmierdzących jelonków zawdzięczamy właśnie świątyni Kasuga (shika jako święte zwierzę). Przynajmniej są dobrze wychowane; byłyśmy świadkami, jak jeden z nich – otrzymawszy od pewnego starszego pana specjalne ciastko dla jeleni, które można było tam kupić – ukłonił się w podzięce jak na filmikach z Youtube. Internet czasem nie kłamie. 
Pani miko byłaby zła za tę fotkę.

Potem Kōfuku-ji, która była wówczas częściowo Remontōji (zbiorcze określenie dla wszystkich świątyni, których z powodu przeprowadzanych prac restauracyjnych nie mogłyśmy zwiedzić; zaczęło się od Rinnōji w Nikkō). Na szczęście można było wejść do skarbca – muzeum, gdyż ciągnęłam tam Kaszynę głównie po to, żeby zobaczyć Ashurę. Udało się, ale oczywiście nie mogłam mu zrobić zdjęcia.

Yumedono i ktośtam.
Czas leciał, więc wskoczyłyśmy jeszcze w pociąg i pognałyśmy kilka stacji dalej, do miejscowości Ikaruga, gdzie znajduje się Hōryū-ji (jap. 法隆, Klasztor Rozkwitu Prawa, nazwa podkreślająca wagę miejsca, więc przytoczę tłumaczenie, co tam), zespół świątynny założony na początku VII wieku na polecenie księcia Shōtoku, który zasłużył się jako wielki propagator buddyzmu w Japonii, utworzył konstytucję w 17. artykułach… a według najnowszych badań mógł wcale nie być taki zasłużony i w ogóle, inny koleś niż się przez wieki uważało. I bądź tu japonisto mądry. W każdym razie Hōryū-ji stoi na pewno i bardzo mi się podobało, może z racji późnej godziny naszego przybycia i związanej z tym małej ilości współzwiedzających. Cisza, spokój, my zaglądające do wnętrza Yumedono (Pawilonu Snów). Było świetnie.

A wieczorem wielka akcja przebierania się w nasze yukaty (jak kimono, tylko że z cieńszego materiału, bo na lato; noszone z trochę innymi dodatkami) i spacer po mieście, zakończony sesją w automacie do purikury. 

My piękne, lato 2014. / Przegięta purikura jest przegięta.



poniedziałek, 29 grudnia 2014

Głos gór - Hiei / Kōya

Chociaż wycieczkę na Hiei dzieli od wyprawy na Kōya kilka dni, pozwolę sobie połączyć dwie relacje w jedną notkę, bo: a) to góra i to góra, b) to świątynie i to świątynie, c) i tak wszystko buddyzm.

Hiei i kawa za 100 jeniaczy, idealnie.
Hiei leży na obrzeżach Kioto (konkretnie na północnym wschodzie, co jest ważne, ponieważ to zły kierunek, z którego przybywają demony i właśnie dlatego Japończycy od wieków stawiali na tej górze świątynie w celach ochronnych) i znana jest głównie ze znajdującego się na niej klasztoru Enryakuji (延暦寺), jednego z – jak głosi fama - największych zespołów świątynnych w Japonii. Założył go w IX wieku mnich Saichō, twórca buddyjskiej sekty Tendai – i właśnie z ową sektą najbardziej jest Enryakuji związane. Ale nie to jest najlepsze. Najlepsze jest to, że mnisi z Hiei przez wieki tak przykoksili (pieniądze, wpływy, splendor itp.) że zaczęli mieszać się do polityki, a nawet założyli sobie coś na kształt mnisiej armii i wojowali w najlepsze. Na to wszystko wpadł w XVI wieku Oda Nobunaga (wielki wódz i jeden z trzech zjednoczycieli Japonii) i – stwierdziwszy, że mnisi mu za bardzo fikają – zrównał klasztor z ziemią w 1571 roku. I co, fajna ta japońska historia? A ja z tego pisałam egzamin. 

Mnisi mniszą.
W każdym razie Enryakuji zostało później w miarę odbudowane i dziś można je spokojnie zwiedzać, dojechawszy wpierw na miejsce ケーブルカー (wym. keeburu kaa, czyli coś w rodzaju kolei linowej). Był to pierwszy środek transportu w Japonii, w którym do biletu dostałam w zestawie oshibori, czyli nawilżoną chusteczkę służącą do wycierania rąk przed jedzeniem w restauracji. Po dziś dzień nie wiem, po co mi to było na tej kolejce.

Tym, co najbardziej mnie zaskoczyło, była stromość zbocza, po którym wjeżdżaliśmy. Nie obiegałam Hiei dookoła (jak ponoć po dziś dzień czynią to niektórzy mnisi, żeby wzbogacić się duchowo) i nie wiem, czy z każdej strony podejście jest tak strome, ale jeżeli faktycznie Nobunaga ze swoim wojskiem otoczył górę i wspinał się, żeby skopać mnisie tyłki, to… Jak oni niby wleźli?! I to na dodatek ze sprzętem służącym do niszczenia i siania zamętu… To musiało być coś.

Walnęłam mocniej, niż się spodziewałam.
Sam kompleks Enryakuji jest dość rozrzucony w różnych punktach góry, co zmusiło nas do długich spacerów (to znaczy był też autobus, ale rzadko; poza tym. jak mówi moja babcia, jestem młoda i mam zdrowe nogi). Krajobrazy takie, jakich spodziewano by się po górskim klasztorze buddyjskim: cicho, zielono, spokojnie, drewniano. Widok na jezioro Biwa (sama historia i literatura!). Jedynym zgrzytem był dla nas stojący nieopodal głównego pawilonu Enryakuji – kaikan, czyli… nowoczesny hotel. No ale dobrze, takie wymogi turystyki. No i trochę ściął Martę i mnie z nóg mnich, który, przy okazji odbicia pieczątki w mojej książeczce przeprowadził z nami chyba dziesięciominutową konwersację w swoim ojczystym języku tylko po to, żeby na koniec z rozbrajającą ciekawością zapytać, czy my właściwie mówimy po japońsku? Usłyszawszy to, Kaszyna zaczerpnęła głęboki oddech, odwróciła się na pięcie i odmaszerowała. Taka była Hiei.

Studia buddyjskie pełną parą.
Na Kōya pojechałyśmy już z Osaki i już w towarzystwie Mady, która jest za pan brat z Kūkaiem, VIII- wiecznym japońskim mnichem i twórcą sekty shingon, którego mauzoleum jest główną „atrakcją” wyżej wymienionej góry. Całe szczęście, że pojechałyśmy, bo okazuje się, że ja też powinnam się z nim mocno zaprzyjaźnić celem obrony licencjatu. Może powinnam była za 1000 jenów dedykować mu przepisaną tam przez siebie  Sutrę Serca zamiast za 100 zabierać ją na pamiątkę do domu? Zobaczymy. 

Na Kōya dojechałyśmy też drogą kolejowo – linową (dam głowę, że zaopatrzyłyśmy się w Osace w stosowny pass), ale samochodem też by się jakoś dało. Zasadniczo w porównaniu z Hiei druga z odwiedzonych przez mnie gór wypadała nadzwyczaj… Żywo i nowocześnie. Były księgarnie. Były lodziarnie. Był nawet Family Mart. I prywatny uniwersytet. Ryūgaku (stypendium na zagranicznej uczelni) na Kōya?

W tle Okunoin, poza kadrem tabliczka no photo.
Ale koniec końców pojechałyśmy tam zobaczyć Okunoin, czyli mauzoleum wspomnianego już przeze mnie Kūkaia. Japońscy wyznawcy buddyzmu wierzą, że tak naprawdę mnich ten (nazywany też Kōbō Daishi – „wielki mistrz rozpowszechniający prawo”, że tak popiszę się – w moim przypadku wątpliwą - erudycją i uniknę powtórzenia jednocześnie) nie umarł, tylko wszedł w stan długotrwałej medytacji i tak sobie czeka na przyjście następnego buddy – Miroku. Jego mauzoleum zaś stoi na wielkim cmentarzu (gdzie pochowany jest między innymi Oda Nobunaga, ten co zjarał Enryakuji), otoczone pięknym lasem, ciche i spokojne (nie licząc tłumu pielgrzymów; jak widać Kōbō Daishi cieszy się niesłabnącą popularnością). Wokół mnóstwo instytucji kulturalnych umożliwiających turystom różnorodne taikeny (przeżycia, doświadczenia), typu wspominane przeze mnie przepisywanie sutry lub medytacja (na którą nie zdążyłyśmy, bo zasiedziałyśmy się w Family Marcie, Mada ubolewała najbardziej, mnie minuty spędzone z pędzelkiem nad sutrą wystarczyły za wszystkie medytacje) a nawet nocleg w świątyni, w spartańskich (bo zgodnych z regułą zakonną) warunkach, ale za grube pieniądze. 

Cóż, może następnym razem.

niedziela, 28 grudnia 2014

Zasadniczo był to smok. Amanohashidate!



Tak ta wyprawa wyglądała.
Miałam wobec tej wyprawy na Amanohashidate mieszane uczucia. Owszem, wiedziałam, że to drugi (po Miyajimie) z „Trzech japońskich pejzaży”, ale… Cóż poza tym? Mamy więc sławną piaskową mierzeję, „most do nieba”, który - oglądany do góry nogami (gdzieś spomiędzy własnych kolan) - ma ponoć przypominać smoka wzbijającego się w przestworza… I tyle. Jakieś świątynki, jakieś knajpy. Opis robił na mnie średnie wrażenie, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że nocowałyśmy jeszcze wtedy w Kioto, a tyle pozostało tam do obejrzenia… Jednak zwyciężyła chęć pozwiedzania Japonii W KOŃCU w towarzystwie Mady i Agi (no i Kaszi, oczywiście!), zebrałam się więc w sobie, wstałam o tej szóstej rano (była to szósta lub inna podobna temu barbarzyńska godzina, już nie pamiętam) i wyruszyłam wraz z wymienioną wyżej trójką w podróż ku zatoce Miyazu.

I był tam, kurde, obrotowy most!
Okej, nie mam zamiaru w dalszej części wpisu zaprezentować objawienia typu „O Boże, ta podróż zmieniła moje życie, całe szczęście, że się zdecydowałam!”. Nie, Amanohashidate nie sprzedało mi jakichś transcendentalnych przeżyć, ale było piękne. I głównie piękno to miejsce obiecuje turystom, nie mogłam więc zarzucać komukolwiek niewywiązania się z umowy. Może było trochę ładniejsze, niż się spodziewałam. Dostałam więc swoją złotą plażę z lazurową wodą (bo nie zdecydowałam się w takcie tamtego pobytu jechać na Okinawę, więc jakaś namiastka?), bezchmurne niebo i 35 stopni ciepła (lekką rączką, pewnie było więcej). W końcu jechałyśmy tam podziwiać widoki, a nie ganiać od zabytku do zabytku, a jako miejsce relaksu Amanohashidate sprawdza się w 150-ciu procentach.

Wyciąga nas na górę, z przodu Kasz.
Pamiętam, że każda z nas kupiła wtedy Amanohashidate Pass, który uprawniał nas do przejazdu z Kioto na miejsce i z powrotem, nielimitowanych rejsów promem po zatoce (opcja wykorzystana przez nas do cna), wjazdu wyciągiem krzesełkowym na zbocze góry, do parku Kasamatsu (gdzie właśnie gapiłyśmy się sobie między nogami, stojąc na specjalnie przeznaczonych do tego ławeczkach) oraz wypożyczenia rowerów i przejechania nimi mierzei. Niestety, w ramach tego passu rowery można było wziąć z jednej tylko wypożyczalni. Gdzie akurat nic nie stało. Mierzeję przeszłyśmy z buta. Mimo to uważam, że wykupywanie wszelkich możliwych passów w Japonii to najlepsza opcja na zwiedzanie (choć pewnie zależy, na czym Wam zależy – polecam najpierw podliczyć koszty, porównać ceny, a potem i tak w 80% przypadków samo wyjdzie, że najbardziej opłaca się pass).
Fusion technique z Madao, czo to wyszło


Z tego miejsca też dziękuję Madzie, z którą zawsze (pierwszy raz miało to miejsce chyba właśnie na Amanohashidate, więc wspominam tutaj) najadałam się, obskakując wszystkie shishoku (試食, próbki przysmaków wystawionych na sprzedaż jako omiyage - prezent z wycieczki) w okolicznych sklepach i tym samym obywając się bez lunchu, kiedy kasy już nie było. Ciężkie życie, ale życie.

sobota, 27 grudnia 2014

What a great achievement it was to find a (love) hotel room this late!



Wreszcie standard godny takich biznesłumen jak my
Love hotele to dla Europejczyków (tych trochę bardziej oblatanych w Japonii) trochę byt mityczny. Ponoć są, ponoć się z nich korzysta, wystąpiło to u kilku japońskich pisarzy, ponoć jakieś zboczeństwa tam się dzieją. Dla porządku podam definicję, choć nie sądzę, by zabłądziło na tego bloga wiele osób, które nie słyszały jeszcze tego pojęcia. Love hotel to „typ hotelu udostępniający na niedługi okres swoje pokoje oraz wyposażenie przygotowane z myślą o parach zainteresowanych spędzeniem czasu w prywatności i oddających się przy tym aktywności seksualnej.” (dzięki, Wiki!)

Nie planowałam pobytu w żadnym, ale kiedy podczas którejś z sesji skajpowych z Kaszynką, przeglądając jednocześnie stronę Booking.com (jeżeli jeszcze nie polecałam, to polecam, ten portal urządził mi niejeden wyjazd) natrafiłyśmy na dwuosobowy pokój w lovehocie w Kioto za 4624* jeny za noc (czyli 2312 jenów na głowę, prosta matematyka, jak na Japonię są to wręcz barbarzyńsko małe pieniądze) było jasne, że nie przepuścimy okazji. Come on, spójrzcie tylko na to wnętrze. Poza tym to love hotel, jedźmy tam w celach poznawczych! Obliczyłyśmy więc, że w nocy z 8 na 9 i 9 na 10 września jesteśmy na bank w Kioto, a potem zrobiłyśmy rezerwację z chyba dwumiesięcznym wyprzedzeniem.

Nie mam wyraźniejszego zdjęcia tego popisu kunsztu architekta
Czemu tak tanio? Kiedy wcześniej obczajałam z Darkiem tokijskie lovehoty (W CELACH NAUKOWYCH!) najtańsze z nich liczyły sobie po trzy tysiące jenów za tzw. „odpoczynek” (jap. 休憩/ kyūkei) trwający standardowo trzy – cztery godziny. Cała noc to już koszy rzędu mana (10 tys.) i wzwyż. No cóż, tamte hotele stały w Shibuyi, samiuśkim centrum miasta (jeżeli można mówić w ogóle o „centrum Tokio”, a w zasadzie nie można, więc: w jednym z samiuśkich centrów miasta). Nasz kiotowski (kiotijski? <3) przybytek stał raczej na przedmieściach, otoczony wieloma biznesami podobnego pokroju (gdybyście mogli zobaczyć architekturę okolicy!), a także dwoma konbini i McDonaldem. Czyli wszystko co najważniejsze było. Na dodatek promocyjne ceny obowiązywały tylko w dni powszednie, kiedy – jak się domyśliłyśmy – ruch nie był zbyt duży, więc dorabiali sobie jako „zwyczajny” hotel. No i nasz pokój oznaczony był jako najniższy standard. Najniższy. Standard. Miejcie to na uwadze, patrząc na zdjęcia. 

Może rundkę?
Sam budynek… No cóż, nie pozostawiał złudzeń co do tego, co znajduje się w środku. „Romantyzm” w najbardziej tandetnym, japońskim wydaniu, w które chyba nawet sami Japończycy nie wierzą, ale z jakiegoś powodu urządzają tak świat wokół siebie. Wejście od parkingu, jak przystało na prawdziwy lovehot, ale chociaż klienci pragnący zachować anonimowość mogli skorzystać po prostu z automatu z kluczami i iść do wybranego pokoju bez jakiegokolwiek kontaktu z obsługą, my zrobiłyśmy sobie normalny check-in na recepcji (same marmury wokół), a nasze bagaże zaniesiono do pokoju. Wszystko za te dwa seny na łebka.

Pokój. Tak. Może wymienię: najbardziej miękkie łóżko, na jakim spałam w Japonii (pomijając łóżka w Fujiya, tam też mi się zdarzyło, ale to nie ten level). Próbki wszelkich możliwych kosmetyków w łazience, w zestawie z mięciutkimi piżamkami i szlafrokami. Wanna z hydromasażem, w której można było wybrać jeden z kilku programów, a potem dopasować do niego migające, kolorowe lampy. Telewizor w łazience. Drugi, trzy razy większy  w pokoju (włączył się jako budzik, gdy drugiego dnia przyniesiono nam śniadanie; przyzwoite śniadanie zamówione także za śmieszne pieniądze - podali nam je przez specjalny otwór w drzwiach, bo dyskrecja przede wszystkim). Automat do pachinko przy telewizorze. Automat z bielizną erotyczną w szafie. URZĄDZENIE DO MASAŻU przy łóżku. 

Może to jednak był mikrofon?
Jedyne, czego tam nie  było, to wiadome kanały w telewizji. Prawdopodobnie zablokowali je, podejrzewając, że my chyba nie w tych celach, co zwykle ludzie. Poza tym to jednak był najniższy standard!

Tak bardzo było warto <3

*to nie tak, że mam pamięć absolutną do cen etc.; po prostu znalazłam na kompie niepousuwane pliki z planami wszelkich wycieczek, cenami wstępów i godzinami otwarcia przybytków wszelakich. Założę się, że mogłabym z tego skleić niezły przewodnik dla ubogich studentów (zainteresowani mogą się zgłaszać).

środa, 24 grudnia 2014

Opowieść o Księżniczkach Podróżowania Małym Kosztem - Uji

Według mojego kalendarza z Hello Kitty, do Uji pojechałyśmy w poniedziałek, 8 września. To raczej mała mieścina z raczej bogatą historią, znana głównie z (kolejno): zielonej herbaty, Byōdōinu i „Genji monogatari” („Opowieść o Księciu Promienistym”, przypisywana damie dworu zwanej Murasaki Shikibu, XI wiek).

Zaczytane laski.
Zacznijmy od „Genji…” – otóż część akcji tego monumentalnego dzieła (life hack dla młodszych ode mnie stażem japonistów: jeżeli na zajęciach z literatury padnie kiedyś pytanie o pochodzenie czy też pierwszy przypadek zastosowania jakiegoś zabiegu literackiego w pisarstwie japońskim i TOTALNIE nie będziecie wiedzieli, gdzie to przykleić, strzelajcie, że pojawiło się w „Genji monogatari”; z dotychczasowego doświadczenia wróżę Wam jakieś 80% szans na trafienie) dzieje się w Uji i owszem, władze miasta o tym nie zapominają. Mamy więc Muzeum Genji Monogatari, pomnik Murasaki nad brzegiem rzeki Uji (przy moście Uji, żeby było prościej zapamiętać) i stylowo wkomponowane w różne elementy (typu latarnie i tablice informacyjne, bo czemu nie) sylwetki dworzan z epoki Heian (VIII – XII wiek, niechże Was czegoś nauczę). No i pamiątki, ale o Hello Kitty w stroju średniowiecznej japońskiej damy dworu chyba nie muszę wspominać. 

Herbaciany makaron, mniam.
Zielona herbata (a właściwie jej konkretne odmiana, ujicha / 宇治茶,„herbata z Uji”) jest już totalnie wszędobylska. Słodycze, lody (<3), matcha latte (czyli mleko i zielona herbata; czemu nie ma tego w Polsce i muszę czekać jeszcze z dwa tygodnie, aż poznańska Wytwórnia Lodów Tradycyjnych zaeksperymentuje z tym smakiem? ), chipsy… MAKARON GRYCZANY SOBA (choć tak naprawdę nie za bardzo było go czuć herbatą, wiem bo skusiłyśmy się na lunch w Uji). Czego dusza zapragnie.

No i (jak dla nas) najważniejsze: Byōdōin, pochodząca z jedenastego wieku buddyjska świątynia, znana szerokiej publiczności na przykład z rewersu monety dziesięciojenowej (z sentymentu do dziś noszę taką w portfelu, wraz z pięciojenówką, bo ma dziurkę w środku). Właściwie to na dyszce jest tylko część Byōdōinu, ale za to najbardziej spektakularna: Pawilon Feniksa, mieszczący w sobie całkiem konkretną statuę Buddy Amidy. Miałyśmy z Kaszynką okazję zobaczyć go w odnowionej (dość… czerwonej w porównaniu z okresem sprzed remontu) wersji i wziąć udział w organizowanej (za dopłatą do biletu) wycieczce z przewodnikiem. Przypomniały mi się najlepsze czasy kannai annai tour w Fujiya 

No, jakoś wlazł.
Pawilon ma tylko jedną zasadniczą wadę – nie chce się zmieścić na pamiątkowej foteczce.