wtorek, 25 lutego 2014

Tyle śniegu na... w całym mieście

Zacznijmy od tego, że śnieg nadal nie stopniał. Przyjeżdżając tutaj (w sensie: do Japonii) miałam nadzieję, że zimę przejdę jakoś ŁAGODNIEJ niż w Polsce, ale okazuje się, że klimat wybrał sobie akurat ten rok by zaszaleć i zaserwował Japończykom i –gościnnie – Nydze – zimę stulecia. W Tokio wszyscy się cieszyli (przynajmniej dopóki nie stanęła kolej), wrzucali na fejsa sweet fotki z zasypanej Shibui, u Kaszyny dzieci po raz pierwszy od 10 lat dzieci lepiły bałwany…

… A Hakone zostało odcięte od świata.

Zaczęło się od tego, że w sobotę, 8 lutego, obudziłam się, ciesząc z wolnego dnia – a śnieg już był. Na drzewie za oknem, na zboczach gór dookoła hotelu, na drogach (zapamiętajcie tę informację) – i DALEJ SYPAŁ. No tak, niby nic dziwnego, jako Polka powinnam być przyzwyczajona. Cóż, kiedy mijała dwudziesta godzina opadów, nawet nam – przybyszom zza żelaznej i mroźnej kurtyny - zaczęło to wszystko śmierdzieć.
Wszystko fajnie, ale do czasu

Okazało się, że słusznie. Wraz z kolejnymi warstwami śniegu dochodziły do nas informacje niczym telegram z Rosji: „AUTOBUSY.STOP.POCIĄGI.STOP.” – zanim się zorientowaliśmy, wszystkie drogi ewentualnej ewakuacji z Miyanoshity zostały odcięte. Cóż – i tak tego dnia nie wybierałam się na żadną wycieczkę.

… Gorzej, że stali (a niemieszkający w akademikach) pracownicy też nie mieli JAK WRÓCIĆ, w związku z czym w nocy z soboty na niedzielę sporą część hotelu zajmował… jego personel. Ciekawa próba wyrównania liczby gości, ponieważ – jak łatwo się domyślić- połowa rezerwacji poszła się bujać, bo ich posiadacze ugrzęźli gdzieś po drodze i dali sobie siana z wycieczką w góry.

Nie widać, że oberwałam wcześniej śnieżką od fotografa
Cóż było robić – ja i Ania spędziłyśmy wieczór, ganiając z kilkoma znajomymi z pracy po ogrodzie i strzelając okolicznościowe fotki hałdom białego puchu, jakich nawet w Polsce od dawna nie uświadczyliśmy (oraz usiłując nie zabić się na oblodzonym tarasie). W konbini, z którego zdesperowani mieszkańcy i tymczasowi koczownicy wymietli 80% towarów spotkaliśmy dwóch przełożonych (w wieku dziadkowym), którzy wspólną noc w hotelu postanowili uczcić dwiema kupowanymi właśnie flaszkami czerwonego wina;) Zasadniczo było miło, następny dzień zapowiadał się na luzie, bo rezerwacje poodwoływane...

… Tyle że następnego dnia komunikacja miejsko-wiejska nadal nie istniała. Z tego powodu ja musiałam pożegnać się z wizją wizyty w kościele, a cześć personelu – z wizytą we własnym domu. Zaczęłam się zastanawiać, czy to nie na takie okazje w konbini można kupić świeże gatki. Na szczęście do wieczora ruszyły pociągi (choć autobusy jeszcze nazajutrz pozostawały raczej niepewne) i wszystko zaczęło wracać do normy. Na tydzień.

Oto wieczorem w walentynki, kiedy robiłyśmy sobie w pokoju mały nomikai z dziewczynami z recepcji, znów zaczął padać śnieg – i nie przestał przez kolejne trzydzieści godzin. Pociągi walczyły nieco dłużej niż tydzień wcześniej, ale w końcu też skapitulowały, dołączając w transportowych niebiosach do autobusów, które nie były w stanie przebić się przez zawalone śniegiem górskie drogi. Tym razem jednak nie skończyło się na blokadzie transportu publicznego: stanęło dokładnie WSZYSTKO. Z położonego niżej Hakone Yumoto nie mógł przebić się żaden samochód nieposiadający łańcuchów na kołach (i odważnego kierowcy), nie mówiąc już o jakimkolwiek zjeżdżaniu w dół w naszym wykonaniu. A jakby ktoś jednak był na tyle szalony, by jechać, w środku nocy na drogę przewróciło się DRZEWO i już było po zawodach. Odwołane tego dnia rezerwacje były najmniejszym problemem dla personelu, który musiał się borykać ze stadem sfrustrowanych klientów, który opuścili swoje pokoje, jednak hotelu opuścić już nie mogli. W związku z tym przez całą swoją zmianę lawirowałam między zmęczonymi, rozdrażnionymi ludźmi, porozkładanymi na wszelkich możliwych kanapach i siedziskach w hotelu. Dzieci płakały, staruszkowie sapali, kelnerzy rozdawali gorącą herbatę potrzebującym– jednym słowem obraz nędzy i rozpaczy. Cudem przybyli nieliczni goście musieli jeszcze czekać, aż KTOKOLWIEK (czyli zagonieni na tę okoliczność do mopa  randomowi pracownicy) posprząta im pokoje, bo ekipa sprzątająca NIE DOJECHAŁA. W związku z czym goannaie wykonywałam, mijając po drodze otwarte na oścież drzwi z widokiem na rozbebeszone łóżka. Moja rola nie była jednak tak niewdzięczna, jak M. – mojej koleżanki z pracy, której tego dnia wypadło zadanie zastąpienia na „ladzie” genkanu (centrum dowodzenia, odbierania telefonów i wydawania gościom kluczy do samochodów) innej, bardziej doświadczonej pracownicy, która nie dotarła. Otóż M. przez cały dzień była przysłowiowo łojona przez wszystkich dookoła za nieswoje winy i panującą aurę, biegała od telefonu do telefonu,  a kiedy w końcu ruszyły taksówki musiała tłumaczyć gościom, że dwudziesta piąta osoba na liście oczekiwania na podwózkę to za dużo i będą mogli zarezerwować samochód, kiedy tylko się poluzuje. Jeszcze gorzej mieli pracujący zwykle na zewnątrz mężczyźni, którzy tego dnia wręcz przyrośli do szufli i przewalali dzikie ilości śniegu – nawet mimo posiłków w postaci kilku kelnerów, przeciwników kadr, mężczyzn z działu ślubów (są tacy!) i piekarzy z naszego hotelowego sklepu (ubranych na tę okazję w okolicznościowe gumiaczki) nie udało się do wieczora opanować kataklizmu. Część gości zrezygnowała z prób powrotu i przedłużyła rezerwację na kolejny dzień, część się przebiła, cześć koczowała jeszcze, gdy o 17:00 kończyłam swoją zmianę.
Fajnie to spadało ludziom na głowę

Mówiąc krótko, tego dnia nikt nie wygrał.

A nazajutrz spadł deszcz i zrobiło się jeszcze bardziej groteskowo. Jeżeli jesteście ciekawi, jak odgarnia się śnieg gruby na pół metra i przesiąknięty wodą, mogę – powtarzając po moich kolegach z pracy – powiedzieć Wam, że <cenzura> CIĘŻKO.

Dziś – w tydzień po całej akcji – autobusy nadal nie wróciły do normalnego kursowania (szczerze mówiąc cieszę się, że po kilku dniach w ogóle wróciły do JAKIEGOŚ kursowania), śnieg zalega na poboczach (chociaż dobrze, że w końcu odśnieżyli nam schody do akademika, bo ostatnio myślałam, że zabiję się po wyjściu z progu przy schodzeniu do konbini), a wiosny nie widać.

Zima zaskoczyła drogowców nie w tym kraju, co trzeba.

piątek, 14 lutego 2014

Żebyście nie mieli nudno, czyli staż a rozrywka

Choć następna notka będzie najprawdopodobniej ubolewaniem nad tym, jak ciężko jest mieszkańcom gór zimą, bo śnieżyce stulecia odcinają nas od świata średnio raz na tydzień (goście się do nas czasem przebijają, ale nikt nie wybija się z powrotem – czy brzmi to wystarczająco creepy?), tym razem skupię się jeszcze na przyjemnościach.

Otóż teoretycznie przyjechaliśmy do Japonii, by uczyć się przez staż (coś w stylu „bawiąc-uczy, a ucząc-bawi”), ale nasi stażodawcy nie byliby sobą, gdyby nie okazywali nam swojej przyjaźni, gościnności i chęci współpracy na każdym kroku – tak więc co jakiś czas zabierają nas NA EVENTY. Jako, że to ważny element naszego stażu (na dodatek zwykle zaliczany do godzin pracy <3) postanowiłam poświęcić mu osobny wpis.  Imprez okolicznościowych było już na tyle dużo, że pozwolę sobie ująć całość w trzy kategorie: 

茶道(WYM. SADŌ), CZYLI CEREMONIA HERBACIANA

Od pozostałych eventów różni się głównie faktem, że jest cykliczny (średnio dwa razy w miesiącu). Otóż szefostwo postanowiło sobie nauczyć Polaków i Koreńczyków ceremonii herbacianej - na dodatek mają zamiar zrobić to na tyle skutecznie, żebyśmy przy okazji pracy latem w japońskim pawilonie byli w stanie sami taką ceremonię przed klientami odprawić. Ha. Haha. Ha. W praktyce sprowadza się to do tego, że na pierwszych zajęciach godzinę uczyliśmy się składać swoje „robocze” chustki wg tradycji szkoły Urasenke (i tak nie umiemy zrobić tego perfekcyjnie), a teraz jesteśmy na etapie wycierania ową chustką poszczególnych elementów herbacianej „zastawy”. Choć nie jestem przekonana co do tego, że opanujemy tę sztukę na tyle, by nas ludziom pokazywać (a Darek ma łzy w oczach, gdy pomyśli, że ktoś będzie od niego wymagał ogarniania manualnie ceremonii i gawędzenia z gośćmi NA RAZ), mimo wszystko lekcje, których udziela nam przemiła pani pracująca w pawilonie (i jednocześnie przedstawicielka Urasenke; nazywam ją w myślach „Mamą”, a kto czytał „Wyznania gejszy”, ten wie) uważam za wyjątkowo fajne. Na dodatek jeśli rzeczywiście ogarniemy tę ceremonię, będzie to mój drugi – obok kimona – stopień wtajemniczenia w Japonię ;) 

KRĘCENIE POWAŻNYCH BIZNESÓW

Dla szefów ja wbiję się nawet w kieckę z liceum, a Kan w koreański strój ludowy
Nie da się ukryć, jako obcokrajowcy sami stanowimy dla naszych szefów fajny event, którym warto poszpanować przed członkami zarządu i kolegami z innych firm. Co jakiś czas więc zostajemy zgarnięci jako żywa dekoracja na jakiś wyjątkowo okazały bankiet (nie, żeby mi to przeszkadzało), gdzie musimy albo wygłosić krótkie przemówionko o swoich wrażeniach z pobytu w Japonii (doświadczenie benronowe się PRZYDAJE), albo po prostu się przedstawić (piętnastu osobom po kolei lub wszystkim na raz, ze sceny), albo nic nie mówić, tylko stać i się cieszyć. Ostatnio machnęli sobie szwedzki stół z daniami z różnych zakątków świata, a ja z Darkiem stałam przy pierogach i gołąbkach i zachęcałam do konsumpcji tej „odrobiny polskości”. Mimo pewnej niezręczności, którą wywołują we mnie takie imprezy (bo wszyscy dookoła mnie są miliard razy ważniejsi i boję się nawet pomyśleć, ile zarabiają i ile kosztowało to, co jem), to – nie da się ukryć – takie imprezy są dla nas mega. Po pierwsze – to japoński biznes widziany jak najbardziej od środka; po drugie – NO PLIS, GDZIE JA ZJEM TAKIE RZECZY ZA DARMOSZKĘ (nawet, jeżeli jako członek obsługi mogę jedynie „wyczyścić” szwedzki stół po tym, jak goście już pójdą); po trzecie – nie mogę wyjść z podziwu nad tym, jaką czcią otoczone są w Japonii osoby na kierowniczych stanowiskach. Tu może scenka rodzajowa: 

Darek i Julita stoją przy gołąbkach, wcześniej dostali po szklance piwa od jednego z gości, a gościom się nie odmawia, więc wychlali (na pusty żołądek). Teraz szklanki, równie puste co ich brzuchy, stoją przed nimi na stole. Na scenę wchodzi Capo Di Tutti Frutti całej sieci hoteli.
CDTF: O, nie macie piwa.
D&J: <uśmiechają się jak nadworne hostessy>
CDTF: <do swojej świty> PIWO.
Trzy sekundy później członek orszaku szefa BIEGIEM przynosi Darkowi i Julicie po piwie. Nikt nie wie, kto się czuje bardziej niezręcznie, ale piwo jest dobre. 

Ci sami Najważniejsi z Najważniejszych zabrali nas kiedyś na kolację do koreańskiej knajpy, gdzie przez bite dwie godziny jedliśmy po kolei różne partie ciała krowy (Koreańczyk – współstażysta z braku słownictwa pokazywał mi na sobie, co jem), a CDTF co chwile nalewał mi makkoli (koreańskie alko ze zboża i ryżu, wygląda jak mleko sojowe, ale kopie całkiem niemlecznie), a na wzmiankę o tym, że pod Tokio jest polska knajpa stwierdził „O, to następnym razem pojedziemy”. Tak więc owszem, opłaca się być zagranicznym stażystą podnoszącym prestiż hotelu.

KULTURA, GŁUPCZE

Mały nie był
Jeśli pamiętacie opisywaną przeze mnie na samym początku bloga Daimyō Gyōretsu, wiecie o co chodzi. Nasi pracodawcy wiedzą (a przynajmniej coś im się tam kojarzy), że ci Polacy to chyba o Japonii się uczą, więc dobra, pokażemy im trochę tradycji. Udało nam się dzięki temu zobaczyć od środka Darumowe święto, podczas którego lalkom Darumy domalowuje się w świątyni jedno oko, co by się starały i spełniały życzenia w następnym roku. Przy okazji najedliśmy się ZA DARUMO (żarcik – kosmonaucik) i dostaliśmy po małej laleczce, a ja przeżyłam najbardziej zakręconą jazdę samochodem od czasu przylotu do Japonii, gdyż siedzenie dzieliłam z 60-centymetrową, okrąglutką Darumą – talizmanem dla całego hotelu. Naszym kierowcą był biedny kucharz z duszą na ramieniu, bo nagle powierzyli mu trzech gaijinów i jak im się coś stanie, to rozerwą go czterema końmi (Darek stwierdził, że może nawet pięcioma). Mimo wszystko chyba udało nam się w miarę miło spędzić czas i nie straumatyzować koledze życia.
Popylamy po sali - na pierwszym planie O z typową dla niego miną do fotki

Gdyby Ania się nie pochorowała, wzięłaby też (jako urodzona w Roku Konia, ja niestety jestem na to za młoda) czynny udział w setsubun - święcie polegającym na rzucaniu fasolą, by odstraszyć złe duchy. Tak jest, dobrze widzicie. Na koniec fasolę można zjeść. Ale tej z podłogi nie polecam.

Poza kategoriami zostaje jeszcze Hotelowy Dzień Sportu, kiedy to przez cały dzień popylaliśmy jako reprezentacja kij-wie-czego po nieogrzewanej hali sportowej, biorąc udział w szalonych konkurencjach typu Bieg Par W Jednych Gatkach. Za to wieczorem był bankiet, tak więc zasadniczo WYSZLIŚMY NA PLUS.

Generalnie nie nudzimy się – aż strach pomyśleć, z czym nasze wunderkindy wyskoczą następnym razem. Będę zdawała raport na bieżąco.