piątek, 31 stycznia 2014

Przyczajony tygrys, ukryta panda

Zaczyna nas powoli dojeżdżać syndrom Lokalnego Podróżnika – kończą się miejsca dookoła Hakone, których jeszcze nie widzieliśmy. No dobrze, pomijając Tokio, którego nigdy chyba nie zobaczymy całego. No a co robi się w wolny dzień, kiedy nie chcesz siedzieć w akademiku, jest ładna pogoda, a hajs trochę na wykończeniu (do wypłaty tydzień)? Jedzie się do Yokohamy.

Złapię je wszystkie
Yokohama znana jest z… e… huh… Tak serio to pierwsze pytanie, które sobie zadaliśmy, brzmiało „no dobra, a co jest w Yokohamie?”. Niby nazwa jakoś każdemu się kojarzy, ale z niczym konkretnym. No więc zapytaliśmy Japończyków i proszę, odpowiedź jest. Nie port, nie ocean, nie muzeum ramenu (jest coś takiego) – liczy się tylko CHIŃSKA DZIELNICA (中華街 – wym. chūkagai). Największa w kraju, super, fajnie, jedziemy.
Welcome

Nie zrozumcie mnie źle – nie, żebym miała dość japońskiej kultury. W ogóle, chińskim klientom umiem co najwyżej w ich języku podziękować. Ale Chinatown = chińskie knajpy = chińskie żarcie. Czyli: DUŻO, TANIO, SMACZNIE. To wystarczyło, żeby nas przekonać.

Mimo, iż (po raz pierwszy chyba) pojechaliśmy gdzieś z Darkiem zupełnie na dziko, bez japońskiego „przewodnika” (koleżanka z pracy - A. - się pochorowała) czy nawet mapy miasta, dało się ogarnąć. Najpierw mapę (dzięki Bogu za 案内所, wym. annaijō – punkty informacyjne; mieli nawet osobną mapę Chinatown), potem resztę. Kiedy wyturlaliśmy się z metra na odpowiedniej stacji wystarczyło już tylko iść w stronę najbliższej wielkiej, kolorowej bramy, oznaczającej wejście na teren ChR… E, Czerwonego Smoka. A także złotego, zielonego… No cóż, było kolorowo.

Oraz głośno.

Oraz mało uprzejmie.

Serio, mam dość dużą bekę z samej siebie, kiedy to piszę, ale zdecydowanie poniższy fakt zasługuje na wzmiankę. Otóż po trzech miesiącach w Japonii zaczynasz odczuwać dyskomfort kiedy ekspedient/kelner NIE WŁAZI ci w tyłek już od momentu, w którym przekroczysz próg lokalu. Wystarczyło, że poszliśmy coś zjeść i prowadzący knajpę Chińczycy byli po prostu CHIŃCZYKAMI, a nam już coś nie grało. Że nie mogliśmy zmienić miejsca, że ton głosu nie taki (choć formułki w keigo niby się zgadzały), że potrawy były podawane „jakoś tak chamsko” – OMG, chyba nam się w głowach poprzestawiało. Powrót do Polski będzie traumą.

Straumatyzowane pando-pyzy
A jak już jesteśmy w kategorii „trauma”, dostałam absolutnej pando-gorączki, wszędzie dookoła mnie widząc tego czarno-białego misia w formie każdego gadżetu, jaki można wymyślić (choć nie znalazłam bluzy z pandzimi uszkami i ogonkiem – chyba że dla dziecka – a takiej właśnie szukam). Generalnie, wszystko co w tej dzielnicy nie było restauracją, było sklepem z pamiętkami. Niestety, w moim portfelu hulał wiatr (trzeba przecież COŚ odłożyć na wyprawę do Kansai wiosną), więc ograniczyłam się do pando-pyzy z nadzieniem z zielonej herbaty, która to pyza miała minę, jakby naprawdę chciała jak najszybciej umrzeć, ale za to była pyszna. I gorąca, przez co zamiast pozować do zdjęcia z jej mordką, usiłowałam utrzymać ją w ogóle w dłoniach, a uchachany Darek fotografował moja zmagania.

Trochę Londyn, trochę Japo, trochę "Kings and Queens"
Kiedy mieliśmy już dość chińskości, wydostaliśmy się z powrotem na stronę Zachodzącego Słońca, by zobaczyć ocean, wypić kawę za darmo (kupony z pracowniczej stołówki rulez) w Macu w centrum handlowym, przespacerować się pod ogromnym diabelskim młynem (jako wierna fanka twórczości Jareda Leto nie mogłam się nie wzruszyć, widząc takie ustrojstwo przy moście nad oceanem), zgubić – kurde – drogę w poszukiwaniu kawiarni, wylądować w Jonathan’s na kawowym Drink Barze za 300 jenów i – po odzyskaniu czucia w zmarzniętych kończynach – zapakować się w pociąg do domu.


Ostatecznie miesiąc rozliczeniowy zakończyłam z 40 jenami przeznaczonymi jeszcze na przechulanie.

Dobrze mi idzie.

niedziela, 12 stycznia 2014

Jaki Nowy Rok, taki cały... Well.

Japońska zima nie daje mi się co prawda we znaki (choć – sądząc z relacji – polska też jeszcze niczym się nie popisała), ale i tak z niecierpliwością czekam aż zacznie się robić CIEPLEJ i przyjdzie wiosna. Pomyśleć, że miałam szansę trafić na Hokkaido… W każdym razie, póki na drzewach nie pojawią się liście, wracam wspomnieniami do miłych akcentów zimy – przed Wami notka o Sylwestrze i Nowym Roku.

             
Lucky stroik na drzwiach naszego luksusowego akademca
Podobnie jak o świętach Bożego Narodzenia, tak o japońskim Nowym Roku można przeczytać na wielu japolubnych portalach (a niektórzy nawet robili na ten temat happyou na Benia i wygrywali tym życie, pozdro Karo ;*), ale jednak rzeczywistość zaskakuje. Po pierwsze – zero imprezy na Sylwka. Nie spodziewałam się co prawda ruskiego szampana pitego na śniegu, ale nawet fajerwerków nie było! Na dodatek możliwość wydostania się z Miyanoshity po 20:30 spadała niemal do zera (bo – przecież to logiczne – z okazji Sylwestra OBCIĘLI ilość autobusów), o powrocie już nie mówiąc. Zamiast dyski w Odawarze wybraliśmy więc obchody w lokalnej jinji, tuż ponad hotelem (zachwalane na plakacie, który zawisł tego samego dnia w stołówce) – i było warto, bo udało nam się zobaczyć prawdziwe japońskie świętowanie (na małą skalę), składające się z walenia w dzwon świątynii, wrzucania pieniążka, jedzenia zupy i zapijania jej symboliczną ilością alkoholu (załapaliśmy się). Na dodatek Pan Mam Nazwisko Jak Marka Samochodu, koordynator imprezy, był niepocieszony, gdy dowiedział się, że nie będziemy 2. stycznia w Hakone, żeby obejrzeć przebiegający wtedy przez miasto Hakone Ekiden (Maraton):
PMNJMS: No to co, kibicujemy drugiego?
My: Eeee, w sumie to jedziemy obejrzeć Cesarza w Tokio, bo są tylko dwie okazje w roku…
PMNJMS: Aha… Ojej… No tak, naturalnie, tylko dwie w roku… Ale… Maraton…

Przed północą
W Nowy Rok pracowaliśmy, manewrując pomiędzy naustawianymi wszędzie talizmanami szczęścia w kształcie gigantycznych mochi (kulki ryżowe, mieliśmy okazję sami ubijać wcześniej u rodziny A. i było super, polecam wielki drewniany młot), świętymi sznurami, sztucznymi beczkami z sake I NAWAŁEM KLIENTÓW. Na dodatek, ponieważ to najważniejszy dzień w roku, cały personel chodził jak podłączony do wysokiego napięcia. Nie mówiąc już o tym, że zwiększyliśmy swoje zasoby ludzkie między innymi o członków działu ślubów i jinjiki, tak więc nasi POŻS i PUSE poganiali odpowiednio jaki kelner i dziewczyna od bagaży (taka ładna kobieta wyglądała w naszym mundurku tak masakrycznie, że zaczęło mi być mniej żal siebie). W każdym razie ucieszyłam się, kiedy moja zmiana dobiegła końca. 

Za te wszystkie wysiłki czekała na nas nagroda: Cesarz (głupio to brzmi, ale zasadniczo na tym to polegało). Jak już wspominałam, przytaczając rozmowę z Panem Mającym Nazwisko Jak Marka Samochodu, zwykły Japończyk ma okazję zobaczyć swojego Cesarza dwa razy w roku: 23. grudnia (Cesarskie urodziny) i właśnie 2. stycznia (noworoczne życzenia dla ludu). 23go nie mieliśmy czasu, bo pracowaliśmy, a wieczorem chlaliśmy bożonarodzeniowo w izakayi, więc JAKOŚ SIĘ NIE ZESZŁO. Ale już na drugiego specjalnie wzięliśmy wolne miesiąc wcześniej (to znaczy jak już przekonałam resztę, że warto – I KTO MIAŁ RACJĘ, HĘ? :D). 

Nasz dzień zaczął się o 4:40 rano, stwierdzeniem Ani, że chyba ma gorączkę i nie da rady. Zaległa więc w łóżku, a ja pomaszerowałam sama na dworzec, gdzie na szczęście już czekał na mnie Darek (choć, szczerze mówiąc, sama też bym na bank pojechała). Konsumując hotelowy chleb w pociągu (wielkie logo hotelu na opakowaniu czyni z nas w oczach współpasażerów ludzi pozornie bogatych, podczas gdy prawda jest TROSZKĘ inna…) i zapijając kawą z automatu dojechaliśmy do stolicy. Tutaj skierowałam się prosto do najbliższego Seven Eleven z bankomatem, by wypłacić z konta trochę stażowej zapamogi… I niespodzianka. Z okazji Nowego Roku nasz bank ogłosił czterodniową przerwę, podczas której NIE BYŁO DOSTĘPU DO HAJSU. Wierzcie mi, sprawdziłam to jeszcze w trzech innych bankomatach, zanim się poddałam. System bankomatów to w ogóle jak do tej pory jedyne, co Polska ma lepsze (sory Polsko, no ale…). Tutaj bankomat zamyka się o 17, jak bank, a w weekendy nawet wcześniej. Pozostają maszyny w konbini, ale te już często pobierają za wypłacenie ok. 100 jenów (z wyjątkiem Seven, w którym nasz bank ma za darmo, ale Seven nie ma w Hakone, jest tylko Lawson, inna sieć konbini). Szanujcie swój hajs.
            
Trochę chętnych było
Tak więc zostałam w Tokio z równowartością 5 dych oraz kartą SUICA pozwalającą na powrót do domu (dobrze, że chociaż tyle miałam) oraz jeden randomowy przejazd metrem. Gdyby nie fakt, że Darek miał nieco więcej kasy, wróciłabym do domu głodna (a tak wróciłam nażarta jak wiecie jakie dzikie zwierzę). Żeby uczcić nasz brak kasy, skierowaliśmy się prosto do najbliższego Maca, gdzie zamówiliśmy najtańszy zestaw śniadaniowy (serio tani – 200 jenów za kanapkę z kurczakiem i kawę), a stamtąd już pod Pałac Cesarski. Gdy wysiedliśmy z linii Yamanote przy Dworcu Tokijskim, przywitały nas… Tłumy ciągnące w tym samym kierunku, co my. Po raz pierwszy zwątpiłam, jak to będzie z tym zobaczeniem Cesarza. Ale póki co ustawiliśmy się w jednej z gigantycznych kolejek w parku pod pałacem (nie byliśmy przy tym jakimś wyjątkiem jako gaijini), dostaliśmy papierowe flagi Japonii (moja wisi teraz na ścianie w akademiku) i… Zaczęło się nasze czekanie. Cesarz wychodził do ludzi w sumie pięć razy, przy czym mnie i Darkowi udało się załapać na trzecie wyjście, po półtorej godziny stania w tłumie. Przy okazji znów mogliśmy popodziwiać sobie japońską organizację, gdyż kolejka była podzielona na segmenty, wpuszczane po kolei, zajmujące wyznaczone jasno strefy, a wszystkiego pilnowało stado policjantów i jedna laska na koniu. Przeszukali nas dwa razy, ale w końcu dostąpiliśmy zaszczytu oglądania (i słuchania – a Cesarz mówił ku mojej radości bardzo zrozumiale :D) obecnego władcy Japonii. Cały event trwał może 10 minut, ale BYŁO WARTO.

Tanio, smacznie i jeszcze z rozmachem <3
Spod pałacu skierowaliśmy się w stronę Jimbochō, sławnej dzielnicy antykwariatów, którą znaleźliśmy, pytając kilku osób po kolei (a pewien pan nawet nas gonił 300 metrów po tym jak się zorientował, że udzielił nam błędnej informacji) – niestety, były… Zamknięte. No tak, drugi stycznia to przecież ŚWIĘTO, hotel pracuje,  ale takie małe sklepiki już niekoniecznie… Cóż było robić, wyruszyliśmy do Shibuyi, na spotkanie Ewie! Shibuya na szczęście nic sobie nie robiła z dnia wolnego od pracy i udało nam się zjeść sushi w najlepszym kaitenie, jaki miałam okazję do tej pory zobaczyć. Zamawiało się na małym komputerku, przytwierdzonym przy twoim siedzeniu, a sushi przyjeżdżało tuż przed nos klienta, mknąc po taśmie, by odjechać gdy z tacy zabrało się talerzyki i wcisnęło odpowiedni przycisk. Na dodatek siedzieliśmy blisko kuchni, więc bezwstydnie gapiliśmy się na zamówienia innych ludzi. Udało nam się też wypełnić jeden punkt naszej „MUST DO IN TOKYO” listy – znaleźliśmy dzielniczkę love hoteli (na dodatek idąc za instrukcjami jedynego przewodnika po Japonii, który ze sobą zabrałam z Polski, czyli… „Murakami i jego Tokio” :D Nie dość, że się sprawdził, to jeszcze podsunął mi pomysł samotnego wypadu w przyszłości…Ale nie do lovehotu). Tylko w jednym hotelu faktycznie zamiast recepcji był automat (i cudowne foteczki pokoi), za to w innym na spotkanie naszych zaciekawionych głów wychynęła pani recepcjonistka. Well, that was awkward. 

Na koniec dnia jeszcze PRECLOWA KAWA w Starbuniu (mam wrażenie, że smaki specjalne zmieniają tu co miesiąc) za ostatnie pieniądze i można było wracać do domu!

sobota, 4 stycznia 2014

Święta w cieniu Fuji

     Okres świąteczno-sylwestrowy w hotelu oznacza naprawdę urwanie d*py. Dokładając do tego fakt, że postanowiliśmy wycisnąć z tych dni (pomijając pracę, która wyciskała z nas) jak najwięcej, w sumie nie dziwię się, że dopiero teraz mam czas usiąść i na spokojnie wszystko opisać. Zacznijmy od Bożego Narodzenia.
   
     Prawdopodobnie wiecie, że Japończycy nie obchodzą Gwiazdki jak my. Inna kultura, buddyzm i te sprawy. Od siebie mogę dodać, że NAPRAWDĘ NIE OBCHODZĄ. Owszem, dali nam dwa dni wolnego na Wigilię i Boże Narodzenie (bo o nie poprosiliśmy), ale raczej zaliczało się to do rubryki „specjalne względy”, kolumna pod święcącym tytułem „CHRZEŚCIJANIE WTF?!”. Tutaj 25-go grudnia można sobie iść co najwyżej na randkę, a potem zjeść kurczaka (bo w końcu na święta je się kurczaka, no kto by nie znał tej tradycji, dlaczego trójka Polaków nie je kurczaka? Raz jeszcze CHRZEŚCIJANIE WTF?!). A poza tym to praca, praca, praca, co najwyżej świąteczny podkład muzyczny zamiast zwykłego w lobby hotelu. Nawet choinki nie mieli, tylko jakaś japońska wariacja na temat Gwiazd Betlejemskich (te czerwone kwiaty, nie to co nad szopką latało).
 
Darek pokazuje, jak bardzo fajny jest nomihoudai.
     Mimo wszystko uparliśmy się, żeby to były w miarę możliwości „klasyczne” święta. Co więcej, postanowiliśmy się zabawić w krzewicieli polskiej kultury. W efekcie na nomikaiu poprzedzającym Wigilię wszyscy składali sobie życzenia, łamiąc się… Chlebem. Konkretnie bagietą z rodzynkami, bo tylko to nam się udało dostać w hotelowej piekarni, a opłatek przysłany mi przez rodziców nie ogarnąłby 30. osób. LICZY SIĘ IDEA, NIE?
  
   24-go grudnia było już bardziej tradycyjnie (i bez nomihoudaia, czyli otwartego baru;)). Wraz z Darkiem skorzystaliśmy z zaproszenia A., urządzając w jej domu rodzaj polskiej wigilii, w której brała udział A., nasza inna koleżanka z pracy, P. oraz pani Mama A. (która ostro trzaskała nam foty przez cały czas i nakręciła film z łamania się opłatkiem – miło wiedzieć, że budzimy emocje). Daliśmy we dwójkę ostry popis kuchni orientalnej (dla Japończyków), przygotowując pierogi („TAKA PRAWIE GYOZA” – tłumaczenie na potrzeby Azjatów), sernik i placek marchwiowy. Mina domowników, obserwujących jak wywalam do ciasta  michę startej marchwi – bezcenna. Na dodatek potem im najbardziej smakowało. Przy okazji, poszukując kilka dni wcześniej składników ostro zderzyłam się z japońską rzeczywistością zaopatrzeniową. A więc, drodzy Japoniści, zapamiętajcie – w Japonii nie znajdziecie (a przynajmniej nie za cenę, którą człowiek, nawet porąbany,  by za to dał): 
Kiszonej kapusty – w ogóle, „kiszona kapusta” to po japońsku … „Sauer kraut” (oczywiście wymawiane z japońską manierą). W związku z czym pierogi z kapustą i grzybami były bez kapusty. Ale i tak dobre.
TWAROGU – nie ma i koniec. Jego brak zaowocował wersją sernika, którą nazwę roboczo „SUPER LEKKI SERNIK Z SERKA PHIDADELPHIA” (tak, Philadelphia jest). Przepis wprost z trendy blogów kulinarnych (polskich). Japończycy (i Koreańczycy)  się cieszyli, mnie kopara nie opadła, bo znam oryginał. Nie wypróbowujcie tego przepisu w Polsce, nie warto jeśli ma się pod ręką normalny BIAŁY SER.
Jakoś poszło (marchwiowy jeszcze nie wyjechał z piekarnika).
  
   Po Wigilii, tradycyjnie – Pasterka. W wykonaniu japońskim co prawda jest, ale o 19:30. Przecież trzeba się wyspać, na drugi dzień robota. Tutaj nasze koleżanki wykazały się ekumenizmem i poszły z nami na mszę (to było, według ich słów, ciekawym doświadczeniem; na szczęście wszyscy naokoło podpowiadali im, co mają robić – to prawie tak jak nam). Z ciekawostek kościelnych – ksiądz miał stułę inspirowaną chyba luźno drzeworytem japońskim, śpiewaliśmy „Cichą noc” po japońsku i angielsku, a obecność nie-chrześcijan była tak oczywista, że przed Komunią ksiądz wyjaśnił, o co biega, a osoby, które nie mogły przystąpić zaprosił po prostu po błogosławieństwo. Najs. Moja wcześniejsza o kilka dni spowiedź po japońsku zasługuje chyba na osobny rozdział, ale powiem tylko, że wszystko da się zrobić, jak człowiekowi zależy, a ludzie naokoło mili. Połączcie sobie w głowie „japońską uprzejmość” z „chrześcijańskim miłosierdziem”, a otrzymacie mniej więcej skalę dobroci moich parafian z Hakone-Odawary ;)
Śmiejcie się - nie próbowaliście.
   
     Po Pasterce w kościele było spotkanie z wyżerką, ale zostaliśmy tylko na chwilę, bo postanowiliśmy wybrać się jeszcze na dobitkę do włoskiej knajpy, gdzie najbardziej efektownym daniem była sałatka, złożona z SAŁATY, NA KTÓRĄ KOLEŚ PRZY NAS UTARŁ SER. Brzmi idiotycznie, ale mogłabym zjeść chyba wiadro takiej sałatki.
  
    Drugi dzień Świąt to po prostu spacer po Hakone Yumoto (zorientowaliście się już, jak bardzo Hakone jest powalonym miastem? :D) i tanuki soba (nie pływał w niej jenot) w knajpie nad rzeką.
  
     Jeśli chodzi o prezenty, dostałam co prawda skarpetę wypełnioną cukierkami od jednego z szefów hotelu na przedświątecznej wyżerce (o eventach związanych z naszym stażem będzie w jednej z najbliższych notek), ale poza tym odpuściliśmy sobie obdarowywanie, bo a) Japończycy nie czają bazy, b) kasa bardziej przyda się na przykład na WYJAZD DO TOKIO. Tylko moja niezmordowana Mama (wspomagana przez resztę rodziny) postanowiła w pojedynkę zalać pocztę i przesłała mi w grudniu trzy paczki. Tak więc na brak domowych pierniczków i czekolady z orzechami nie mogłam narzekać.
 
Japońska szopka, jeszcze bez Jezuska, bo wniósł go ksiądz.
      Czy tęskniłam za domem, rodziną, psem i choinką? No jasne, to chyba oczywiste. Tylko że nie jestem tu za karę, to nie Syberia w XIX wieku czy coś. Chciałam przyjechać do Japonii, wiedziałam, jak ten wyjazd będzie wyglądał i walczyłam o niego z pełną świadomością przez nieomal pół roku. Nie mam zamiaru użalać się nad sobą teraz, kiedy tak naprawdę spełniło się moje największe dotychczasowe marzenie. Tak więc poskajpowałam z bliskimi (konkretnie trzy razy w ciągu jakichś 30 godzin ), pochrupałam pierniczki i postanowiłam być już dużą dziewczyną i nie mazać się. Poza tym, uwierzcie mi, dwa kilo miłości z Polski w postaci paczki wystarczy, żeby nie myśleć o słowie „tęsknota”.