poniedziałek, 16 grudnia 2013

Let me go back to that bar in Tokio (cz. III - i ostatnia)



Może i stoję jak sierota, ale żeby zaraz FACET ? :(
Czas dopisać zakończenie naszej Tokijskiej Trylogii. Trzeciego dnia, w niedzielę (a propos niedzieli: jedyne coś, co wyglądało jak kościół w Tokio, okazało się być hotelem; architekt jak zwykle poleciał - następnym razem jadę prosto pod katedrę, BO PONOĆ JEST) po śniadaniu złożonym z naleśników (tęsknota za takim jedzeniem jednak tak duża! :D) i kawy ruszyłam na spotkanie z Darkiem. Oczywiście musiał na mnie czekać dłużej niż przewidziałam. Przy czym potem powiedział, że zanim przyszłam wziął trzech randomowych Japończyków w niebieskich płaszczach (FACETÓW) za mnie, bo tacy podobni z fryzury. DAREK KOMPLEMENCIARZ JAKICH MAŁO.

Po odnalezieniu Ani przy centralnym wyjściu z Tokio Eki (tzn. najpierw 15 minut szukaliśmy samego wyjścia) ruszyliśmy pod Pałac Cesarski, zaliczając po drodze posterunek policji,  bo nagle znikąd zmaterializował się pod moimi nogami czyjś aparat fotograficzny w kwiecistym etui. Wypełnianie formularza na policji w Japonii: checked. 

Z boskim cesarzem nie pogodosz
Sam pałac był bardzo ładny… I bardzo daleko. Wszystko pozamykane, nawet pocałować klamki się nie dało, bo brama oddzielona od plebsu metalowym płotem, stojącym 50 metrów przed nią. Udało nam się zobaczyć tylko zmianę warty strażników (to muszą być propsy, służba w cesarskiej straży…) i pospacerować po zewnętrznych (sporych) ogrodach. Tak, przystawiłam sobie darmową pieczątkę w kalendarzu (^^). Pod pałac planujemy wrócić 2. stycznia, kiedy to będzie można wejść dalej, a Rodzina Cesarska pokaże się z okazji Nowego Roku  poddanym. Ciekawe czy coś zobaczę, ale z moim wzrostem w Japonii może i zobaczę :D

Jest klimat
Następnym (niedalekim) przystankiem była Yasukuni Jinja. Niewtajemniczonym napiszę, że to świątynia, w której Japończycy czczą swoich żołnierzy-bohaterów, tylko że coś im się pierdzielnęło i czczą co najmniej o czternastu za dużo. Czternastu zbrodniarzy wojennych klasy A z czasów II wojny światowej. Z tego powodu smutno Chinom, smutno Korei, a Japonia za wiele sobie nie robi. Faktycznie, w przeciwieństwie do innych świątyń, w Yasukuni aż wuchciło (tłumaczenie: emanowało) nacjonalizmem, począwszy od flag, a skończywszy na panach w mundurach Cesarskiej Armii perorujących przez megafon. 

"Drogi pamiętniczku, niech Japonia trwa 1000 lat" - a tak na serio to po prostu nazwa świątyni z datą
Jak na ironię, właśnie w tej świątyni postanowiliśmy z Darkiem kupić swoje książeczki na pieczątki, a następnie (za darmo, pewnie dlatego, że firmowy sprzęt) wymalowano nam na nich nasze pierwsze kaligrafie. Niby nic, a japonista się jara na myśl o przyszłej kolekcji.

W perspektywie mieliśmy jeszcze 2,5h powrotu do Hakone, ruszyliśmy więc w stronę Dworca Shinjuku.  W okolicach dworca udało nam się we dwójkę obeżreć za ok. 500 yenów na główkę (w japońskim fast-foodzie z wieprzowiną w roli głównej), a więc da się NIE zbankrutować jedząc na mieście, tylko trzeba nie mieszkać w miejscowości stricte ustawionej pod turystów </3. Później doświadczyliśmy świątecznej gorączki, kiedy szukaliśmy w wielkim sklepie z omiyage czegoś dla naszych współpracowników i musieliśmy się nawzajem trzymać, żeby nie paść na widok cen. Udało się jednak znaleźć dość ogarniętą paczkę wagashi (japońskie słodycze, głównie z ryżu) imitujących na dodatek KARUTA (japoniści pamiętają grę polegającą na odnajdywaniu karty z drugą częścią recytowanego właśnie wiersza, kiedy nie rozumiesz nic, bo wszystko pochodzi z XII wieku, CO NIE? :D). Aż przytuliłam paczkę z radości.

Kawie zawsze kategoryczne TAK.
Potem jeszcze sieciówkowa (ale dobra i tania, a może dobra bo tania ^^) kawa i ostatni zachwyt nad miejskim życiem. Trzeba wracać.

środa, 11 grudnia 2013

Let me go back to that bar in Tokio (część II)

Drugi dzień w Tokio. Po najlepszym z możliwych poranków (śniadanko z kawą zostawione mi przez Kasumi <3) spotykam się – jak zawsze spóźniona, mimo że miałam do przejścia 500 metrów – z Darkiem i ruszamy na dalszy podbój stolicy. Plan na dziś: Ikebukuro, Asakusa, Akihabara, Ueno (tego ostatniego już się nie udało), impreza. Ikebukuro zaskakuje nas zabójczą dawką sklepów, w tym dwupiętrowym Hello Kitty – land’em („Nie wchodzę, będę jedynym facetem!” – Darek. Wszedł.), ale tak poza tym wiele do zwiedzania nie ma. Dostajemy tylko na moment oczopląsu w sklepie z artykułami do rękodzieła, a poza tym żadni uliczni agitatorzy rozdający darmowe chusteczki jednorazowe z reklamami nie chcą nam dać paczki. Klątwa gaijina? W końcu zgarniam paczkę polecającą zakup iPhone’a 5.

Nie mam słów
Z Ikebukuro ruszamy (tym razem już nie z buta, ale metrem, bo daleko – naprawdę polecam zaopatrzyć się w mapkę metra jak najszybciej po przybyciu do Tokio, bez tego dzieci we mgle) do Asakusy. Wychodzimy przy Kaminari-mon, a potem jeszcze przez pół godziny latamy wokół skrzyżowania, szukając się nawzajem z Ewą i Hanią, z którymi byliśmy umówieni. Przy okazji podziwiamy niedalekie Tokio Skytree i czarny budynek ze złotą kupą (ew. złotą rzodkwią) na dachu. W końcu się znajdujemy i wspólnie ruszamy do świątyni Sensōji, zaopatrzonej w wypasioną bramę z lampionem i klawą uliczkę handlarzy w stylu dawnego Edō (dla niejaponistów: Edō to stara nazwa Tokio). Jeden łapie mnie, kiedy oglądam chusteczki, zachwyca się, że piękna i jeszcze mądra (ach, och, proszę tak częściej), bo mówię po japońsku, a na koniec rzuca w niezłej polszczyźnie "dziękuję bardzo" - ciekawe, czy mają obcykane klika randomowych słów z każdego języka na potrzeby marketingu. 

Powiesiłabym sobie taką pod sufitem
Przy świątyni wdychamy uzdrawiające dymy (choć prędzej można się chyba tym zatruć, ale dobra, nie będę krytykować im wierzeń), patrzymy z pewnego rodzaju politowaniem na białych turystów wrzucających pieniążek i modlących się do Kannon (serio, nie wierzę w powszechny buddyzm wśród Europejczyków odwiedzających Japonię). Hania pokazuje nam spas w postaci 朱印帳 (shuinchō – książeczka na stempelki ^^). W skrócie: specjalna książka, do której w każdym chramie/świątyni mogą nam (za drobną opłatą lub bez) wbić oficjalną pieczęć i dołączyć fajna kaligrafię. Zaczynamy myśleć intensywnie o sprawieniu sobie takiej pamiątki, co zaowocuje już następnego dnia, w Yasukuni. Dodam tutaj, że ogólnie strasznie się jaram wystawianymi w różnych instytucjach darmowymi pieczątkami i przybijam je sobie w kalendarzu – ta ze sklepu Totoro w Kamakurze rządzi. 

Po drodze na spotkanie z resztą ekipy w Kichijōji zaczepiamy jeszcze o Akihabarę, ale kończy się na przejściu przez neonowe Electric Town, gdzie mój wzrok przykuwają wszystkie gadżety z „Shingeki no Kyōjin” oraz okryte od stóp do głów falbankami dziewczyny z MAID CAFE, zapraszające potencjalnych klientów. Wizyta w jakiejś porypanej kawiarni wskakuje na czołówkę listy „must do” następnych wizyt w Tokio. Osobiście chyba wolałabym kocią kawiarnię, ale Ewa mówi, że była i koty mają totalnie wyrąbane na klientów, więc się nie opłaca. Jestem też trochę przerażona ilością gadżetów dostępnych dla sperwerowanych na punkcie anime Japończyków w wieku różnym, ale staram się o tym nie myśleć. 

W Kichijōji od razu rzucamy się w wir zabawy – najpierw małe piwko (albo trzy, i do tego umeshū) w izakayi (danie dnia: chrząstki podobne do tych z dnia poprzedniego i kurza skóra w panierce, mniam), w towarzystwie naszych najlepszych polonistów (przybyłych prosto z konferencji w polskiej ambasadzie) i jednego z ich profesorów (spoko koleś, poznał ministra Zdrojewskiego, dlaczego ja nie znam jeszcze żadnej takiej szychy? Chyba, żeby liczyć dyrektorów hotelu, w końcu jeden witał kiedyś cesarza…). Główną atrakcją jest pani kelnerka w koszulce „TUNA” bardzo ostro stylizowanej na „PUMA” (tak, zamiast pumy miała rybę) i gra w męskim kiblu, polegająca na sikaniu do celu. Ilość moczu też się liczy. Wygrał profesor.

Niewyraźny "Gagnam Style", bo skakałam
Przed powrotem do Tamy na nyny uderzamy na karaoke (już bez profesora, choć miałam okazje zetknąć się jeszcze z białymi kołnierzykami, kiedy wracając z łazienki weszłam nie do tego pokoiku, co trzeba). Dwie godziny beztroskiej (dosłownie, każdy kto mnie słyszał wie, jak bardzo NIE POWINNAM śpiewać) zabawy w otoczeniu namalowanych na ścianach pastelowych delfinów świecących w ciemności. Polecam wykonanie „いいんですか”, kiedy umie się płynnie zaśpiewać tylko refren.

No i niezapomniany opening z „Dragon Ball GT”, który sprawił, że poczułam się znów jak przedszkolak (już lekko spaczony Azją – i zobaczcie, gdzie mnie to zaprowadziło).

wtorek, 10 grudnia 2013

Let me go back to that bar in Tokio (część I)

Dobra, czekaliśmy na to całe… 39 dni (licząc od przylotu do Japonii), ale w końcu nadszedł czas na pierwszą wyprawę do TOKIO, stolicy blichtru, tłoku, rozpusty i darmowych chusteczek jednorazowych rozdawanych na ulicach (co jest ważne, bo w sklepie takich nie dostaniesz i potem smarkasz w papier toaletowy – zgadnijcie skąd wiem). Ponieważ opis trzydniowego pobytu zajmie mi pewnie z 5 km tekstu, podzielę relację na etapy. Zacznijmy od piąteczku, kiedy to po wyczerpującym (niepełnym) tygodniu pracy zerwaliśmy się skoro świt i po obowiązkowych tostach z dżemorem ruszyliśmy na stację (btw. w czwartek mieliśmy pierwszą lekcję ceremonii herbacianej, na której przez 2,5h uczyliśmy się składać serwetkę i trzymać czarkę, a wieczorem zabrali nas na bankiet, a nawet dwa bankiety, których główną atrakcją byliśmy my oraz szwedzki stół - absolutna miłość, ale o tym może w innym wpisie, jeżeli ktoś wyrazi zainteresowanie!). Tutaj pozwolę sobie po raz pierwszy zaproponować soundtrack (Emilia się nie zdziwi; Darek - to o tej piosence mówiłam, ale nie umiem nucić):


Dojechaliśmy na miejsce jak zwykle na czas, pełni wdzięczności za dobre połączenie (w ogóle, Hakone masterem lokalizacji, proszę wziąć to pod uwagę przy planach hotelarskich ;)). Shinjuku Eki (Dworzec), na którym wylądowaliśmy, jest ponoć najbardziej obciążoną stacją świata I BYŁO TO WIDAĆ, choć tak na serio odczuliśmy ten fakt dopiero przy powrocie w niedzielę. Fakt przeludnienia skrupulatnie notowali panowie w granatowych kombinezonach, będący (jak się domyśliliśmy) LICZYCIELAMI LUDZI. Ich praca polegała na klikaniu w maszynkę tyle razy, ilu ludzi przechodziło obok. Cudowna robota, numer 3 w moim i Darka Rankingu Najgorszej Pracy Ever. Poczekajcie na resztę zestawienia.

Jak widać, z buta można dojść wszędzie.
W Shinjuku nasza trójka się rozdzieliła. Ania, która zwiedziła już okolicę wcześniej, pojechała dalej celem spotkania ze znajomym i zakupu czarnych butów do roboty, bo inaczej na genkanie serio się wkurzą (udało się). My z Darkiem, po zjedzeniu standardowego lunchu z Seven Eleven, ruszyliśmy w stronę, jak nam się wydawało, tokijskiego ratusza, ponieważ w moim przewodniku po Tokio śladami książek Murakamiego (wszyscy wiemy, o jaką książkę chodzi: a)przydała się, b)opisana w niej Japonia jest prawdziwa, włącznie ze zdjęciami półek w konbini, które do dziś się nie zmieniły - potwierdzam) wyczytałam, że jest tam darmowa platforma widokowa. Była, ale wcześniej zdążyliśmy wjechać na 37. piętro innego wieżowca, gdzie był równie przedni widok, kawiarnia i woda mineralna po 1500 jenów. Z ratusza zaś zgarnęliśmy całą wuchtę ulotek – przewodników po dzielniach i jeden przewodnik – książeczkę z mapą metra, bez której byśmy nie przeżyli, a wszystko to za darmoszkę (zaczynamy się w tym specjalizować). Spotkaliśmy też numer 2 naszego rankingu (napięcie rośnie): panów windziarzy. To nawet nie było tak, że jeden koleś przypadał na jedną windę. Nie, jeden cię wsadzał do windy i naciskał przycisk piętra (był JEDEN do wyboru), a drugi witał na górze, żeby po zakończeniu podziwiania morza budynków cię pożegnać i wcisnąć przycisk „parter”. I tak przez osiem albo dziewięć godzin. Robota pełna niespodziewanych zwrotów akcji.

Przydałoby się to wspomnieć coś o samym widoku miasta, ale oprócz tego, że człowiek miał ochotę dość zgrabnie zakląć, widząc tę powierzchnię, nie mogę za wiele powiedzieć. Niech zdjęcia przemówią same.
Wybaczcie odbicie w szybie, od razu widać, że fotograf specjalista.

Z Shinjuku ruszyliśmy do Shibuyi. Z buta. Bo na mapie wyglądało na to, że blisko, więc czemu by się nie przejść. Uwaga, dotarliśmy, choć spotykani przez nas Japończycy byli dość zaskoczeni, kiedy pytaliśmy o drogę NA PIECHOTĘ dokądś. W końcu po co Tokio jest tak porypane tunelami podziemnymi? Żeby nie chodzić z buta. Nas nie przewidzieli. Po drodze odwiedziliśmy Cesarza Meiji (czy raczej jego boską aurę, i boska aurę małżonki) w Meiji Jingu, gdzie załapaliśmy się na ślub w pięknej oprawie, z kapłanami w drewnianych trepach, panną młodą w białym pierogu na głowie i drewnianą parasolką nad tym wszystkim. Meiji Jingu (zaopatrzone w naprawdę wyczesane rozmiarowo bramy torii) stoi w Yoyogi, a stamtąd już tylko kawałek do Harajuku. Z atmosfery Harajuku zapamiętałam tylko wysyp drogich, markowych sklepów (ale nie byliśmy jeszcze w Ginzie, więc może nie wiem, co to znaczy „wysyp markowych sklepów”) i brak sensownego supermarketu w promieniu kilometra (w ogóle, w Japonii nie ma czegoś takiego jak, kurczę, BIEDRONKA </3).
Trochę mnie boli życie, że nie będę miała takiego ślubu.

W końcu (trochę mi już odpadały plecy od bagażu) dotarliśmy do Shibuyi, gdzie praktycznie od razu mieliśmy okazję przejść przez sławetne skrzyżowanie-z-pasami-w-każdą-stronę. Niestety, nie poczułam się jak Scarlett Johannson w „Między słowami” (ani w ogóle jak Scarlett gdziekolwiek), za to dzielnica zrobiła na mnie duże wrażenie. Ciekawosteczka: wszystkie restauracje, sklepy, kawiarnie itp. idą „w górę” – zajmują małą powierzchnię „w metrach kwadratowych”, ale za to na przykład cztery piętra. Czteropiętrowy McDonald’s i trzypiętrowy Starbunio, polecam. 

Hachiko podniósł znaczenie hasła "wierny jak pies" na nowy level.
Tuż obok osławionego przejścia, przy wyjściu z metra, stoi pomnik Hachiko ze startym pyskiem (chyba turyści trochę za ostro go głaskają), gdzie byliśmy umówieni z Koneko. Czekając zobaczyliśmy absolutny numer 1, posiadacza Żółtej Koszulki Lidera naszego rankingu beznadziejnej roboty: pana w szarfie z napisem „ZAKAZ PALENIA”, którego zadaniem było przekierowywanie wszystkich kopcących pod Hachiko do specjalnej strefy dla palaczy. Robota niewdzięczna, monotonna, bez sensu i jeszcze pod gołym niebem. Zwycięzca.

Na wieczór byliśmy umówieni ze znajomymi z tokijskiej polonistyki i tegorocznymi stypendystkami rezydującymi w Tokio, ale zanim ruszyliśmy w stronę Tamy, wpadliśmy jeszcze na obowiązkową kawkę na 1.  piętrze (tutaj by powiedzieli, że na 2. bo nie znają pojęcia „parter”) kawiarni. Darek i Ania już uwierzyli, że mówiłam prawdę, stwierdzając, że „na kawę mogę iść zawsze”. 

Tak, to zdjęcie było robione pod Insta.
Podróż do Tamy upłynęła pod znakiem szukania właściwego połączenia (nie, żeby coś tu nie było oznaczone, ale trudno jest nie zgubić się w plątaninie kolejek podmiejskich, metra, Bóg wie czego jeszcze – gorzej niż wszystkie spółki PKP), bycia pilotowanym przez Chiheia (dobrze, że kupiliśmy te telefony) i radosnego oczekiwania na spotkanie. Tama powitała nas niskimi budynkami („To TEŻ Tokio!” – Chihei) i znajomymi twarzami. Zaraz potem nastąpił przeskok do izakayi (pubu), gdzie spędziliśmy wieczór przy szklankach (wielu) alkoholi w dobrych (jak na Japonię) cenach i wyszukanych przekąskach w stylu japońskiej wersji flaków i kurzych chrząstek w panierce (chłopaki, dzięki za zamawianie! :D). Rozstaliśmy się po północy, choć nie na dużą odległość, gdyż nocowaliśmy w większości i tak w Tamie i okolicach (dzięki uprzejmości kolegów, którzy przygarnęli biednych hotelarzy!). Zasnęłam szybko w przytulnym mieszkanku (metraż japoński) Kasumi, a już następnego ranka…

… Dobra, następny ranek w następnej notce, bo już i tak przegięłam z objętością.  

wtorek, 3 grudnia 2013

WORK (to be able to travel later)

No dobrze, czas przestać oszukiwać się, że czytacie tego bloga wyłącznie dla obcowania z moim obezwładniającym intelektem (choć mam nadzieję, że takie osoby też są… Anyone?). Wysokie statystyki na Bloggerze zawdzięczam w dużej części japonistom, którzy tez myślą o przygodzie z hotelarstwem i chcą się dowiedzieć, o co kaman. Nadchodzi więc czas na to, czego wszyscy są najbardziej ciekawi: na czym polega mój staż?

Otóż od listopada do połowy lutego wraz z Anią i Darkiem robimy za „beeru boi/ beeru gaaru” (do wszystkich, którzy nie uczyli się katakany i japlisha: bell boy/ bell girl) na tzw. genkanie, będącym w zasadzie połączeniem portierni z recepcją. Sprowadza się to do a) dość dużej bieganiny z bagażami. A więc: BAGGAGE IN/BAGGAGE OUT/BAGGAGE DOWN – to trzy zupełnie RÓŻNE sprawy. Po kolei: wwozisz bagaż do pokoju gościa, wywozisz go z niego albo pomagasz klientom opuszczającym hotel stargać walizy na dół po czerwonych schodach ze smokami na poręczy. Także o mój trening fizyczny się nie martwcie. Poza bagażami co jakiś czas udzielam gościom esencjonalnych informacji w stylu „Toaleta prosto i w prawo” lub „Przesławna rzeźba białego koguta znajduje się na tym oto filarze obok recepcji. Tak, oczywiście zrobię Pani/Panu foteczkę na jego tle… Raz, dwa, trzy, CHEESE!”. Ogólnie robienie zdjęć jest także ważną częścią naszych obowiązków – równie ważną, co pozowanie do nich w charakterze atrakcji. Zdjęcia z dziećmi, ze staruszkami, z wycieczką grupową, pełen zakres. 

No i ukoronowanie wysiłków: ご案内 (oprowadzanie nowego gościa po hotelu i tłumaczenie mu, że przez białe drzwi wychodzi się do ogrodu, a czarnych kapci można użyć tylko idąc na basen albo do onsenu). Jest to robota tak ważna, że najpierw przez dwa tygodnie tylko obserwowaliśmy z tyłu (niosąc bagaże), jak robią to Japończycy, potem przez dwa tygodnie oni obserwowali (niosąc bagaże), jak my usiłujemy to zrobić, a teraz powolutku zaczynają myśleć o tym, że chyba możemy już robić to sami. Jakby co to „SZANOWNY PAN KLIENT RACZY ZADZWONIĆ POD 8 NA RECEPCJĘ ZE SWOIM PYTANIEM!” i pozdro. W przerwach między głównymi atrakcjami wykonujemy randomowe czynności w stylu czyszczenia wódą poręczy (no dobra, nie jest to może wóda, tylko środek dezynfekujący, ale still nazywa się „arukooru”), jeżdżenia po dywanie KORO-KORO (taki lep do zbierania z ubrań włosów WERSJA BIG), sprawdzania poziomu zachlorowania basenu, czy też wymiany ręczników w przebieralni onsenu (gdzie co dzień oglądam rzeczy, których wolałabym NIE WIDZIEĆ). Jeśli naprawdę ostro nie ma co robić, wysyłają nas do Bridalu (dział ślubów), gdzie składamy ulotki w zestawy, przybijemy pieczątki, wycinamy czerwone strzałki z papieru… Ogólnie bardzo nas tam lubią, naszemu przybyciu (zwykle w godzinach wieczornych, kiedy kończą się oprowadzanki, nowi goście nie przyjeżdżają, a trzeba jakoś dojechać do końca zmiany) towarzyszy czyjeś zawołanie „Dobra, kto ma jakąś robotę, którą chce zlecić (w domyśle: bo mu się samemu nie chce)?”. Gorzej, jeśli wyrzucą nas przed wejście, gdzie mamy witać gości, machać do odjeżdżających autobusów i ogólnie robić dobre wrażenie. Pogoda co prawda jest obecnie niebo lepsza niż w Polsce, ale i tak zawiewa nam tyłki, a w płaszczach wyglądamy jak 8 Oberkommando.

Nasze mundurki nie byłyby nawet tak straszliwe, gdyby nie kretyńskie czapeczki (kto widział boya hotelowego choćby w filmie, ten wie, brakuje tylko NA SZCZĘŚCIE gumki recepturki pod brodą). Zasadniczo czapa powinna być nasunięta na czoło, ale nie potrafię sobie robić co dzień takiej wizerunkowej krzywdy, więc obecnie jestem w trakcie eksperymentu pt. „Jak bardzo mogę przesunąć czapkę na tył głowy, zanim mnie opierniczą?”. Day 30: they still think I am one of them.

Współpracownicy ogólnie spoko (choć zdarzyło mi się już dostać srogi op… pouczenie, wypowiedziane z promiennym uśmiechem i TO JEST CREEPY), nawet bardzo. Na nomikai zaprosili, można pogadać o nie-pracy, a z tymi mieszkającymi w to już w ogóle rodzina i wspólne gotowanie zupy na przenośnym palniku. Jak zdarzy im się za bardzo pocisnąć potocznym japońskim i z mojej twarzy wyczytają kompletne zero kumy to trochę postękają i przetłumaczą „z japońskiego na nasz”, a poza tym są zafascynowani tym, że w Polsce zimno, język tak jakoś dziwnie szeleści, a na Wigilię je się karpia, a nie kurczaka jak Amerykanie.

Co do gości (w 90% emeryci, w Japonii dopiero po 60tce masz czas i hajs na wakacje) – odbiór generalnie pozytywny. Jakieś 80% szczerze się nami jara, że Polska (choć czasem po prostu widzę po twarzy, że hasło „Poorando” TOTALNIE NIC temu człowiekowi nie mówi i teraz musi się on bardzo starać, żeby powyższy fakt się nie rypnął), Chopin, zimno (standard), 11h samolotem, japonistyka i w ogóle, jak ty dziewczynko dobrze mówisz po naszemu, masz tu ciasteczko, zjedz se (nie pogardzę). Są też wyrozumiali, jeśli zatnę się przy uniżonym oprowadzaniu do szanownego pokoju. Ale nie wszyscy. Czasem trzeba znieść fakt, że przez 15 minut para (lub więcej) typów patrzy się na ciebie jak na kosmitę, niepewna tego, co ty właściwie mówisz, bo niby brzmi jak japoński, ale ty nie jesteś tutejsza, więc IT’S A TRAP!
Gdzieś co dziesiąty gość naszego hotelu
Dobrze, koniec tych malowniczych opisów genkanu. Po tej części stażu czekają nas jeszcze cztery miesiące restauracji, a potem wisienka na torcie: dwa mieszki w Kikkasō. Kikkasō to osobny pawilon, całkowicie w stylu japońskim… I w zasadzie póki co tyle wiem, bo dotarłam zaledwie do drzwi wejściowych, odprowadzając wycieczkę emerytów na lunch. Co samo w sobie jest niezłą beką, bo lecisz na czele peletonu z żółtą chorągiewką, którą następnie machasz kierowcom na przejściu dla pieszych, żeby stanęli, przepuszczasz swoją wycieczkę na drugą stronę, a na koniec ukłonami dziękujesz samochodom za zatrzymanie się.

JAPONIA MOCNO.

niedziela, 1 grudnia 2013

Ale duży ten... No, sami wiecie

Z okazji faktu, że znów mamy wolny weekend i tym razem swoje wojaże ograniczyliśmy do zakupów i kościoła w Odawarze (oszczędności przed przyszłym tygodniem, sesesese…) szarpnęłam się na wpis wspomnieniowy o północy – cofnijmy się więc o 7 dni:

SOBOTA, 23 LISTOPADA – ODAWARA, KAMAKURA

Japończycy hasło "zamek" rozumieją generalnie trochę inaczej niż my
Tak, widzieliśmy go (konkretnie Darek i ja, w towarzystwie naszej japońskiej koleżanki A., która jest świetnym przewodnikiem, nauczycielem japońskiego i senpaiem w pracy na genkanie). Tak, jest duży. Tak, powiedzieliśmy na głos, że jest duży. Ale zacznijmy od początku, a był on wczesny: spotykamy się jeszcze się w trójkę (Polaków) na śniadaniu, by wspólnie dotelepać się pociągiem do Odawary (jedzie dłużej, jest przesiadka i nawet w pewnym momencie zawraca, ale JEST TANIEJ NIŻ AUTOBUSEM i to zabija wszystkie kontrargumenty), skąd Ania wyrusza do Tokio na spotkanie przygody (i tokijskiej polonistyki), a my z Darkiem – z buta do 小田原城 (zamek w Odawarze). Ekspozycja na zamku czaderska, po zbrojach widać, że Japończycy byli kiedyś jeszcze mniejsi (trudno uwierzyć), widzimy monetę z dziurką z 621r. (mój Tata zareagował na tę informacje krótkim „OJACIE.”), z balkonu na najwyższym piętrze rozciąga się świetna panorama gór i oceanu – w ogóle góry plus woda równa się majndfak. Potem zaciągam Darka do pączkarni, bo chcę donuta w kształcie głowy Snoopy’iego, ale się skończyły już. Aha, po drodze widzimy jeszcze dwie jinjie (Ninomiya Jinja i Tenjinjia), przy czym w pierwszej odbywa się właśnie 七五三 (Shichi-Go-San, święto japońskich dzieci w wieku – jak sama nazwa mówi – siedmiu, pięciu i trzech lat). W ogóle japońskie dzieciaki budzą w nas jakieś chore instynkty rodzicielskie (szczególnie jeśli ich rodzice robią im zdjęcia przy nas jako jednej z atrakcji hotelu).

SUICA z pingwinkiem, znajdźcie koneksję...
Spotkana chwilę później A. pomaga nam wyrobić sobie karty z pingwinkiem (SUICA – możesz ją sobie naładować hajsem i potem tylko odbijasz na bramkach w pociągach i autobusach zamiast latać po biletomatach, +100 do SWAG-u bo sczytuje nawet po przyłożeniu do maszyny całego portfela) i mkniemy pociągiem po wybrzeżu wprost do Kamakury, na spotkanie Daibutsu (dla tych którzy nie są z japonistyki i nie mieli sławetnej czytanki na pierwszym roku ani zajęć z Doktorem K. później: jeden z dwóch Wielkich Buddów w Japonii, powstały w 1252 roku, w odróżnieniu od Daibutsu z Nary stoi na wolnym powietrzu). U Daibutsu jak zwykle wuchta wiary, ale jakoś udaje nam się porobić sobie świetne (niekiedy aż zbyt świetne) foteczki, a potem nawet wejść do posągu (za jedyne 20 jeniaczy). 

Wielkie Lacze Wielkiego Buddy, nie wiem czy nosi

Wielki Środek
                                                                                                                                        



Po drodze z Kotoku-in (tam stoi Budda) na stację wstępujemy do Hasedery, kolejnej buddyjskiej świątyni z wielkim posągiem (tym razem Kannon, bodhisattwa miłosierdzia, największy drewniany posąg w Japonii, chyba mieli jakiś kompleks w tej Kamakurze). Czujemy, że Doktor K. byłby dumny, jednak na świątynię Hachimangu nie mamy już czasu, bo robi się ciemno – decydujemy się wrócić wiosną, kiedy będą sakury, bo ponoć niezły widok. Za to jemy kolację w chińskiej knajpie (obżeramy się jak zgadnijcie co) i odwiedzamy SKLEP TOTORO <3 Jeszcze kawa na dworcu w Odawarze na dobitkę i mogę wracać szczęśliwa do Hakone.

NIEDZIELA, 24 LISTOPADA – JEZIORO ASHI, HAKONE MACHI

Nad jezioro Ashi (芦ノ湖)docieramy autobusem „górskim” (登山バス) krążącym wewnątrz Hakone (tak bardzo rozwalonego przestrzennie miasta jeszcze nie widziałam). Bulimy za niego tyle ile za pociąg z Odawary do Kamakury, nadal szukam w tym logiki. To na szczęście jedyny grubszy wydatek tego dnia, bo reszta odbywa się zgodnie z podsumowaniem Darka „Zwiedzanie po polsku – idź z buta, bo żal Ci hajsu na statek, obiad kup w konbini”. Tak na serio, statek krążący po jeziorze uznałam za przesadę, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że przywiezione z Polski oszczędności topnieją, a lunch faktycznie mieliśmy z Seven Eleven, bo nas przycisnęło, ale obiado-kolację zjedliśmy już jak ludzie, w knajpie. Przy okazji polecam wybór japońskich gotowych przekąsek typu onigiri z różnymi „wkładkami”, będzie mi tego brakowało w Polsce. Kupiliśmy też zieloną Shizuoka Colę na spółę. Smakowała, uwaga, jak cola.
Darek umie robić zdjęcia

Co do przebiegu wycieczki: na pierwszy ogień poszła Hakone Jinjia, bo wszyscy nam ją strasznie polecali (w tym pewien strasznie miły pan, który też pracuje na genaknie i zawsze nas zagaduje, ale ja niestety NIE ZAWSZE go rozumiem… Cóż, jak polecał Hakone Jinjię to zrozumiałam). Faktycznie, robi wrażenie, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że jest czerwonym kompleksem budynków skitranym w zielonym lesie, a najniższa z jej bram (torii) stoi w wodach jeziora. Na dodatek nie trzeba bulić za wstęp, miła odmiana po Kamakurze (choć nawet tam to nie były jakiś kosmiczne pieniądze, najwyżej 500 jenów za Hasederę). Z jinji ruszamy w górę jeziora (o ile tak można mówić), licząc na to, że skryta za „półwyspem” Fuji w końcu nam się pokaże. Później się okazuje, że gdybyśmy poszli w drugą stronę zobaczylibyśmy ją po jakichś 10 minutach, ale póki co dzielnie brniemy i jaramy się, kiedy widzimy wierzchołek z pomostu (razem z grupą Chińczyków, którzy chyba też się jarają po chińsku). Potem trochę nam przechodzi, bo jakoś nie widać jej bardziej w miarę przybliżania, więc zawracamy. Dobre posunięcie. Z drugiej strony 元箱根 (Motohakone, część Hakone) i dalszego 箱根町 (Hakonemachi, zgadnijcie co to) widać górę jak na dłoni, więc robimy fotki jak szaleni. Niestety, psuję każdą próbę ujęcia w jednym kadrze Darka i Fuji, ale przynajmniej jest się z czego śmiać. Pod koniec wycieczki widzimy jeszcze hotel z najbrzydszą fasadą świata (w środę się okaże, że to filia naszego, mają gust jak nic), jedną świątynię buddyjską i jedną jinjię. I czujemy się prześladowani przez pana sprzedającego pieczone ziemniaki z samochodziku wyposażonego w głośnik nadający non stop jedno zawodzenie, brzmiące jak „Tiiiii iiii jaaaa, dziagajmoooooo” (interpretacja Darka). Samochodzik ten widzimy (a raczej słyszymy) gdzieś 15sty raz tego dnia, wliczając w to wszystkie nasze wędrówki po okolicy. W środę na oficjalnej delegacji też go usłyszymy. Kierowca albo jest bardzo wytrzymały, albo głuchoniemy.

Wracamy w największym korku świata (kiedyś zrozumiem, jakim cudem droga wiodąca przez, kurde, góry korkuje się z regularnością Alei Niepodległości po 16:00) przez godzinę, ale w sumie mało wiem, bo śpię prawie przez całą drogę. Następnego dnia już praca…